28 grudnia 2007

święta, święta i po świętach...

Kolejny raz dotarły do mnie skargi rzeszy wiernych czytelników, że się niby na blogu opuszczam. No to piszę, będziecie mieli za swoje! :P
Faktycznie, dawno mi się nic tu nie chciało skrobać. A trochę się w sumie działo... Dotarłam w końcu na egzamin z historii literatury polskiej (egzaminator był chyba bardziej zdezorientowany niż ja: "i co, Agata, mam Cię pytać?", skończyło się na luźnych gadkach o Schulzu i Kafce - i ostatniej piątce w Transcript of Records). Tak, to było 17.12. A co później? Hmm, głównie wielkie zamieszanie z powodu zaginionej w tajemniczych okolicznościach karty kredytowej Vani. Ech, jakoś wszystko rozwiązałyśmy, chociażby tymczasowo, ale póki co, działa. Nie działa(ł) za to junkers, popsuł się w przeddzień mojego wyjazdu - długo nie marzłam. Za to mam nadzieję, że już jest naprawiony. No a później to przyleciałam do Polski ;) Doświadczenia mam takie - węgierskie lotniska są jak czeskie filmy - nie wiadomo, o co chodzi. Ale policjanci z lotniska mówią w językach obcych (a przynajmniej jedna policjantka), szkoda tylko, że jest to język niemiecki... Co z tego, że zrozumiałabym odpowiedź, skoro nie umiem zadać pytania po niemiecku?! A pytanie dotyczyło hali odlotów. Bowiem Węgrzy oznaczyli drogę na terminal A i B, ale już wskazać pasażerom, dokąd mają iść oddać bagaż i odebrać kartę pokładową, uznali za zbędne... Jakoś w końcu znalazłam. Uff... Udało mi się trafić do odpowiedniej bramki, poczekałam jeszcze trochę i odkryłam, że jakiś pan zajął moje miejsce pod oknem. Ale jak zwykle dostałam miejsce przy skrzydle, więc uznałam, że nie warto się kłócić - i tak nic nie widać, a lot trwa aż godzinę. No i wylądowałam w końcu w Warszawie, a tam już czekała na mnie Justynka :) i zabrała na kawę do domku. A później jedynie 6h w ekspresie do Wro (bo pociąg się 30 min spóźnił). Bomba w torcie, jestem najwierniejszą fanką pkp - gorąco, okno nie działa i współpasażerki nadające 300 słów na minutę każda, przekraczając każdą normę, jeśli chodzi o decybele... Skończyło się dwoma ibupromami na przystanku dziewiątki pod dworcem (dobrze, że Stiopa dostarczył). No a później to święta - wiadomo: karp, choinka, prezenty... O, prezenty - Mikołaj mi chciał chyba powiedzieć, żebym się nie stresowała i nie przemęczała za bardzo, bo dostałam "zestaw relaksacyjny" - piżamka, kubek, książka i pachnący balsam do ciała ;) To co, kończę posta? :D Szczęśliwego Nowego Roku :*

14 grudnia 2007

no i już prawie po...

...po egzaminach. Okazało się, że historia literatury polskiej, owszem, w poniedziałek, ale nie ten, o którym myślałam ;) - więc ten egzamin ciągle przede mną. Za to z węgierskiego dostałam 5 (nagyon jó!) :D Transcript of records już prawie pełny, ostatni wpis w poniedziałek i właściwie po erasmusie... Po Nowym Roku wpadnę tylko po dokumenty, które są mi potrzebne do rozliczenia się z DWZ-em we Wrocławiu i tyle... Wracam pisać pracę magisterską. Wczoraj pooglądałam sobie na slawistyce jasełka po polsku, czesku, serbsku i ukraińsku, podjadłam tradycyjnego węgierskiego makowca (niczym nie różniącego się od tradycyjnego polskiego makowca) i popiłam tradycyjnym grzanym winem (to się różni o tyle, że nie widziałam, żeby u nas ktoś mieszał białe i czerwone wino do grzania, a Węgrzy owszem). W ogóle na ostatnich zajęciach z węgierskiego okazało się, że mamy w Polsce więcej tradycji związanych z Bożym Narodzeniem niż reszta reprezentowanych na kursie narodów razem wziętych! No, może ilością dorównuje nam tybetański nowy rok...

A w Budapeszcie póki co jakiś sezon urodzinowy. Wysyp po prostu - Kati, Andrzej, Marij, Indira... Do tego dzisiaj koncert Babilon Circus ;)

Zima przyszła, za oknem prószy śnieg... Oby się w czwartek nie rozpadał, bo ja chcę spokojnie wystartować do Warszawy!

9 grudnia 2007

marchewkowe pole




Wiadomo, jak sesja, to się ma najwięcej do zrobienia w domu ;) Po umyciu sterty naczyń postanowiłam zjeść jakiś prawdziwy obiad. Przypadkiem wynalazłam w sieci przepis na placki z marchewki - świetnie się złożyło, bo marchewki akurat był ci u nas dostatek!

magyarul tanulok



Czyli uczę się do jutrzejszego testu. Krok pierwszy - artystyczny nieład na łóżku i okolicach. Drugi - kawa, dużo kaw, bo ciągle stygnie. Krok trzeci - zamiast się uczyć sprzątam, gotuję i czytam w sieci, co się w Polsce dzieje... Krok czwarty - jak już jest ciemno i późno biorę się za koniugacje. Krok piąty jutro o 18:00 - trzymać kciuki!

6 grudnia 2007

pierwsza piątka w "indeksie"

Gdybym miała tu indeks, to byłaby właśnie w nim, ale mam tylko kartkę papieru z tabelką... Ale piątka to piątka! Nawet jeśli dostałam ją za banalne twierdzenia, że:
-książka o Kraszewskim jest nudna;
-poezja węgierska fajna, ale mało awangardowa (jeśli w ogóle) porównując do powstającej w tym samym czasie w Polsce - ale weźmy pod uwagę, że to tylko wybór poezji i spójrzmy na datę wydania (1983, PiW, Warszawa);
-ciekawe, jak polityka wpływa na literaturę (bez żadnego rozwinięcia);
-Szabo wielkim poetą był;
-nie mówi się w polskich szkołach o literaturze węgierskiej poza "Chłopcami z Placu Broni" (omawianymi w wieku, w którym narodowość autora nie ma dla czytelnika żadnego znaczenia);
-mówi się natomiast o Wiośnie Ludów;
-erasmus to świetne doświadczenie;
-kolejny raz odpowiedź na pytanie "dlaczego na Węgry?" (odp.: z ciekawości i chęci poznania czegoś "egzotycznego" w tej części Europy, bo E. zachodnia wydaje się już mało interesująca...);
etc...
W sumie cała rozmowa trwała może 10 minut, z czego może 3-4 poświęciłam na mówienie o literaturze...
Odebrałam Elkę z lotniska, zrobiłyśmy obiad, wypiłyśmy wino, poszłam na węgierski, dostałam czekoladowego Mikołaja, jakiś inny Mikołaj podrzucił Elce kubeczek dla mnie - chyba byłam grzeczna w tym roku ;-) A sama w ramach stypendialno-mikołajkowego prezentu kupiłam sobie na allegro śliczne czeskie tenisówki - "jarmilki" w kolorze czerwonym :D


4 grudnia 2007

hmm

Hm, no sesja się zbliża, zmęczyłam nawet jedną książkę (tę ciekawszą), teraz męczę się, czytając o Kraszewskim (pozycja dla masochistów, naprawdę!). Poza tym załatwiłam wreszcie wszystkie papiery na ELTE (hurra!), przy okazji ucząc koordynatora wydziałowego, jak jest 'goodbye' po polsku (i dowiedziałam się, że podobnie jest po serbsku - a to ci niespodzianka). A wieczorem poszłam sobie na spotkanie z Olgą Tokarczuk :D w sumie mogłam zapytać jak jej się mieszkało w Wałbrzychu, ale przeszkodzili mi Węgrzy pchający się po autografy ;). No i cóż, zdania o jej pisarstwie nie zmieniłam, ale przynajmniej podobały mi się jej zielone martensy. Jakoś nie przemawia do mnie jej metafizyka i magia, mitologia małej ojczyzny (w sumie naszej wspólnej, ale...) i niby-nowy mit feministyczny.
Marek już się chyba nudzi oczekiwaniem na pociąg (przynajmniej tak wygląda, bawi się pudełkiem po papierosach...). A jutro przyjeżdża Elka. Tadam!

29 listopada 2007

mam stypendium, mam stypendium, na na na na

W związku ze skargami rzeszy wiernych czytelników postanowiłam w końcu coś napisać. ;-) Znów mam gościa, ale ten to siedzi cichutko w kąciku i sobie grzecznie czyta ( w związku z czym nie muszę ogłaszać przerwy technicznej vol.3). A do tego przywiózł mi 6 wielkich pierogów ruskich i żołądkową gorzką - jestem w pełni usatysfakcjonowana :D (Marek zresztą też, a to za sprawą biblioteki Central European University). A tak poza tym to spotkała mnie dzisiaj miła niespodzianka, a może nawet i dwie. Pierwszą odkryłam sprawdzając rano stan swojego konta - zalogowałam się na stronie banku i oczom nie wierzę - Uniwersytet Wrocławski stwierdził, że jestem dla nich tak cenną studentką, że postanowili mi trochę płacić za to, że tak mnie męczą już piąty rok! ;-) Innymi słowy, dostałam stypendium naukowe. (No dobra, po cichu na to liczyłam, ale spes saepe fallit - czego dowiedziałam się na pierwszej w życiu lekcji łaciny.)
Poza tym odkryłam kolejnego interesującego poetę. Trochę starszy niż moi ulubieni bruLioniści i roczniki siedemdziesiąte, ale też ciekawy. Ten pan to Lőrinc Szabó. A odkryłam "ucząc się" do "egzaminu", heh...
A poza tym, to wszystkie znów jesteśmy "bogate" i nasza lodówka przestała być terrarium. Ha! Wygląda jak normalna lodówka - tzn w środku znajduje się... ŻYWNOŚĆ.

22 listopada 2007

sesja idzie...

Sesja, jakiej nie doświadczyłam przez 8 semestrów studiów - nie dość, że 10.12. będzie po wszystkim, to jeszcze mam aż 3 "egzaminy", z czego jeden to test wyboru (język węgierski), drugi to rozmowa nt. literatury polskiej w Młodej Polsce i dwudziestoleciu międzywojennym (co mi się podobało i dlaczego? :D:D:D - kwestia wielce ambitna dla przyszłej dyplomowanej pani krytyk) oraz zaliczenie ustne z przedmiotu o wdzięcznej nazwie "Polsko-węgierskie wpływy literackie" (na podstawie aż 2 książek, z czego jedna jest antologią przekładów* poezji węgierskiej). Temat wydał mi się naprawdę interesujący, szczególnie, że dotąd znam aż 2 piszących Węgrów, z czego pierwszy to Ferenc Molnár (płakaliście po Nemeczku?), a drugi to noblista sprzed pięciu lat, Imre Kertesz. Szkoda tylko, że te kilka miesięcy w stolicy Madziarorszagu nic nie wniosły w moją dotychczasową znajomość literatury węgierskiej. No dobra, znam kilka nazwisk więcej, i to tyle. A dlaczego tak? Bo zajęć po prostu nie było! Do tego umawiałam się na pracę zaliczeniową, a na wczorajszych konsultacjach okazało się, że może jednak zaliczenie ustne, co? I do tego tydzień przed końcem semestru. No dobra, w końcu to erasmus a nie stypendium naukowe na Sorbonie. A poza tym wiadomo, że na obcych filologiach prym wiedzie językoznawstwo. Literatura to tylko ukłon w stronę poszerzania humanistycznych horyzontów.
Semestr się powoli zaczyna kończyć i to tak chyba nastraja do robienia pewnych podsumowań. Trochę zabawne, a trochę dziwne to przyspieszenie, bo planuję wrócić do rzeczywistości w okolicach początku lutego. Z drugiej strony na erasmusie czas biegnie inaczej, szybciej. Jestem tu już prawie 3 miesiące i ten czas postrzegam jakoś tak dwutorowo, z jednej strony czuję, że to bardzo mało, z drugiej wydarzyło się tak wiele w tym krótkim czasie, że można by tymi zdarzeniami obdzielić ze 2 razy tyle miesięcy. Ten czas to dużo i mało jednocześnie. Krótko, ale intensywnie - może tak. Co jakiś czas słyszę pytanie, czy nie chciałabym zostać na kolejny semestr. Chyba nie. Może i nie zobaczyłam jeszcze wszystkiego, co Budapeszt może mi zaoferować, nie poznałam wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale myślę, że semestr to tak w sam raz, żeby doświadczyć, czym jest erasmus. To jest jakiś czas magiczny, jak karnawał. Nikt nie żyje w taki sam sposób, w jaki żył dotychczas. Ciekawe, jak będzie po powrocie. Dla mnie te kilka miesięcy to wystarczająco dużo czasu. Oczywiste, że zostali w Polsce ludzie, miejsca i nawet rzeczy, za którymi tęsknię i chociażby dlatego nie chcę zostawać tu przez kolejne miesiące. We Wrocławiu będę pewnie trochę tęsknić za ludźmi i miejscami "stąd" (o ile są miejsca skądś...). Za miejscami "oswojonymi", chociażby za Szimplą czy West Balkan ;-). Ach, zapomniałabym - in plus muszę policzyć swoją nową fascynację filmową. Zauroczył mnie Béla Tarr, a szczególnie jego "Harmonie Werckmeistera" (Werckmeister harmóniák). Może później coś skrobnę o samym filmie, zobaczymy...

* Wiersze 13 węgierskich poetów mam w przekładzie Bohdana Zadury (cytowany tutaj wiersz Jurija Andruchowycza też przełożył Zadura). Co ciekawe, Zadura nie zna węgierskiego :D Stosuje tzw. przekład filologiczny (coś a la zabawy językowe ze słownikiem, tak jakby tłumaczyć każde słowo za pomocą e-bratanków, a później układać je w nowy wiersz). Ciekawe, czy zna ukraiński?

19 listopada 2007

hardcore'owe dziadki ;-)

Ha, większość gości w niedziele pojechała do domu, to się z Saszą i Zosią poszliśmy ukulturalniać - już bez ryzyka, że ktoś Basi torebki nie odda*, z tej prostej przyczyny, że nie było z nami Basi ;-) wybraliśmy się do Muzeum Sztuk Pięknych na wystawę prac Picasso, Klee i Kandinskiego. Wystawa jak wystawa, bez fajerwerków, ale zobaczyć było warto. Natomiast wieczorem wybraliśmy się na koncert legendy kanadyjskiego undergroundu ;-) - dobra, poszliśmy na NoMeansNo. "Chłopaki" mają już chyba po sto lat, ale z grania hc jeszcze nie wyrośli. Za to wiedzą, jak rozbawić publiczność. No i support też świetny, też hc i też z Kanady - Invasives.

W ogóle zamiłowanie do jazdy na krawędzi nie wyszło mi tego dnia na dobre :D Miałam bliższy niż zwykle kontakt ze słynnymi kontrolerami w budapeszteńskim metrze. Tak to jest, jak się kusi los. Raz mi się udało i mimo nieważnej już od piątku legitymacji, nie dostałam żadnego świstka papieru, tylko przejechaliśmy naszą stację przez panie kontrolerki (które uparły się szukać w moim polskim dowodzie osobistym węgierskiego adresu...). Niestety później już się nie udało... Linia żłóta była ok, niebieska już mniej - 2500 HUF za to, że miałam ważny bilet studencki i nieważną legitymację (straciła ważność w piątek, mandat dostałam w niedzielę...). Ciekawe było to, że pan kontroler uparł się, że nr mojego dowodu to moja data urodzenia (ciekawym zbiegiem okoliczności faktycznie nr dowodu zaczyna się od 84, ale musiałabym się urodzić 50. dnia 71. miesiąca...). No cóż, przynajmniej załatwiłam sobie dzisiaj nową legitymację. I po raz kolejny na poczcie, gdzie za nią płaciłam, pan z okienka mówił do mnie po polsku "dzień dobry, cześć, dziękuję, do widzenia".

*Wracając do Basi i jej torebki. W czwartek wybraliśmy się do Galerii Narodowej w Zamku w Budzie. Kulturalnie wzięłam z kasy bilet za 0HUF na 7 osób, poszliśmy do szatni zostawić kurteczki i pchamy się na górę. Ale nie, okazało się, że mamy za duże torby/plecaki i trzeba je też zostawić w szatni. Pani szatniarka uznała to za nietakt i postanowiła o tym wszystkich poinformować, gderając coś pod nosem po węgiersku oczywiście. No ale nic to, poszliśmy zwiedzać. Po niedługim czasie dostaliśmy oczopląsu i stwierdziliśmy, że starczy nam już tej kultury. Ale pani z szatni zrobiła Basi psikusa. Oddała nam kurtki i torby, a Basi zabrała numerek, dała kurtkę i koniec. Zajęła się innym klientem. I nie rozumiała, że Basia prosi ją jeszcze o podanie swojej torebki. Całe szczęście inni klienci byli przynajmniej dwujęzyczni i pomagali nam, tłumacząc. Niestety, żeby impuls od ucha do mózgu tej pani mógł swobodnie przebiec po jej neuronach, nie wystarczyła znajomość języka, którym się owa szatniarka posługiwała. Uparła się, że Basia ma jej dać numerek (który już jej dała), bo ludzie mówią, że nie mają, a po minucie znajdują i na pewno teraz też tak jest. Po jakimś kwadransie pertraktacji postanowiła oddać Basi jakiś plecak, nie nasz w każdym razie. I na stwierdzenie, że nam chodzi o tę torbę obok, znów coś zaczęła marudzić. Oddała ją w końcu i pokazała gestem dłoni, że nie ma ochoty dłużej nas oglądać, więc może byśmy tak uprzejmie skierowali się w stronę wyjścia...

Torebka i jej brak to był jakiś leitmotiv tej wycieczki, dzień później Agata zostawiła swoją w kínai büfé, gdzie jedliśmy obiad. Całe szczęście zorientowała się jakąś minutę po wyjściu i nawet nic nie zdążyło z niej zniknąć.

A poza tym, nie ma to jak poznawanie nowych smaków. I nie chodzi mi o oryginalne lokalne dania w restauracjach. Nie. Chodzi mi o to, że Węgrzy kładą w sklepowych lodówkach mrożony szpinak obok mrożonego szczawiu, a kto by brał na zakupy słownik. No i kupiliśmy sobie taki trochę dziwny szpinak, ale dowiedzieliśmy się o tym w domu, podczas gotowania makaronu ze "szpinakiem", który okazał się szczawiem. Dobrze, że przynajmniej było to jadalne. No i nie takie całkiem złe, tyle, że kwaśne.

Over, chyba, że mi się coś przypomni...

17 listopada 2007

przerwa techniczna vol.2

Kolejni goście z Polski spowodowali przerwę w nadawaniu na blogu, co najmniej do niedzieli... Ale przygody były, więc wkrótce postaram się opisać wszystko ze szczegółami.

14 listopada 2007

proces kawki

Wstałam rano, poszłam do łazienki, po umyciu siebie umyłam też wannę, umywalkę i podłogę. Zrobiłam sobie śniadanie, zjadłam przy komputerze. Poszłam do kuchni, zrobiłam sobie pyszne esspresso w małej filiżance, z delikatną brązową pianką, mmm, pycha! Wypiłam kawę i od razu przybyło mi energii. Zabrałam się za sprzątanie - odkurzacz, ścieranie kurzu z szafek, wietrzenie pokoju. I w trakcie tych czynności dzwonek do drzwi odezwał się raczej dość nerwowo, niepokojąco. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam dwóch mężczyzn z jakimiś papierami, przywitali się grzecznie i zaczęli o coś pytać po węgiersku. Miałam więc okazję po raz kolejny użyć swojego ulubionego zdania: Nem beszélek magyarul. Ze swojego pokoju wyszła jednak Kate i panowie mieli z kim nawiązać kontakt. Okazało się, że poszukiwali jakiejś firmy, której to pożyczyli ekspres do kawy, na co mają papiery. Oczywiste, że firma nie mieści się w tym lokalu, ale mieszkamy tu od niedawna, może sąsiedzi wiedzą. Zadzwonili więc do drzwi naprzeciw, a my wróciłyśmy do swoich zajęć. Za jakieś 10 minut kolejny dzwonek do naszych drzwi oderwał mnie od porządków. Tym razem było to tych samych dwóch panów i grandma, czyli bardzo sympatyczna matka właścicielki mieszkania. Weszli do środka, a ja zrozumiałam tylko tyle, że babcia prosi, żeby zawołać Kate, coby się mogła z kimś dogadać. Otóż - panowie przyszli po NASZ ekspres. Moja poranna kawa okazała się moją ostatnią...

PS Żeby było zabawniej, w poniedziałek kupiłam 1 kg kawy w ziarnach, do naszej kochanej maszyny. Teraz sobie chyba pogryziemy nasiona kawy...

12 listopada 2007

gwałtu, rety! co się dzieje?!



Na zdjęciu dwie z trzech sprawczyń dzisiejszego zamieszania. Trzecia to ja... Otóż, wróciłam z zajęć, wypiłam kawę, postanowiłam pójść z Vanią na zakupy. Nie zdążyłam rano umyć głowy, więc postanowiłam zrobić to przed wyjściem - nie wyjdę przecież z mokrą głową, więc postanowiłam użyć suszary. A że prowadziłam właśnie wielce istotny dialog na gg, przyniosłam suszarkę do jaskini i usiłowałam włożyć wtyczkę do gniazdka. Próbę wciśnięcia kabla do kontaktu skutecznie uniemożliwiło mi dość głośne "bum!", mniej głośne "pssssyt" i najbardziej spektakularny efekt moich czynności - iskry, blask i w efekcie okopcone gniazdko... Dość głośnemu "bum!" towarzyszył pisk laptopa oznajmiający mi, że oto właśnie przestał być zasilany z kabla i jedzie na rezerwie z bateryjki... Wywaliło korki. No dobra, zdarza się... Z tym, że majstrowanie przy skrzynce z bezpiecznikami nic nie dało. Vania zawołała właścicielkę mieszkania i sąsiadkę w jednej osobie. Marion przyszła, pomajstrowała przy korkach w tej samej kolejności, w której zrobiłyśmy to przed chwilą z Vanią jakieś 3 razy, po czym znów usłyszałyśmy "bum!", znów poleciały iskry i się błysło... Tym razem przy korkach. Po czym Marion stwierdziła, że sama się boi, więc czy może Vania mogłaby wcisnąć wielki guzik obok licznika zużytej energii elektrycznej... Całe szczęście Vania jest na tyle odważna, że to zrobiła, przywracając nam tym samym prąd w mieszkaniu.

Poza tym zdziwiłam dzisiaj pan od historii literatury - zgłosiłam się na egzamin na ochotnika :D No cóż, już raz dostałam 5 z dwudziestolecia międzywojennego, może uda się i tym razem.

A teraz coś z zupełnie innej beczki - leje jak z cebra. Już wolałam ten wczorajszy mokry śnieg. Wrr

9 listopada 2007

globalna wioska

Korond, listopad 2007

8 listopada 2007

zmiany?

Zmieniło się tyle, że teraz, jak ktoś mnie zagaduje po węgiersku, odpowiadam w tym właśnie języku: Nem beszélek magyarul (nie mówię po węgiersku). Jak mam dobry humor, to dopowiadam jeszcze Lengyel vagyok (jestem Polką). Wczoraj odpowiedziałam tak jakiemuś starszemu panu w poczekalni u lekarza, na co siedząca obok mnie dziewczyna: Mówi pani (!) po polsku? Moja mama jest Polką... Ciekawe, ile Polek można spotkać w Budapeszcie. W akademiku poznałam Kamilę, której mama jest Polką. Jadąc do Domu Polskiego spotkaliśmy w metrze panią, która wyszła za mąż za Węgra i mieszka tu od 20 lat. Chyba wszyscy w grupie na polonistyce (właściwie to wszystkie, bo jedyny przedstawiciel płci brzydkiej prowadzi te zajęcia) pochodzą z małżeństw mieszanych - i to głównie mamy są z Polski. Ciekawa prawidłowość...
Tak czy inaczej, wchodzę do gabinetu, a "mój" alergolog: How is your Hungarian?

6 listopada 2007

kącik poetycki 2

kolejny fragment Nothing but Budapest Andruchowycza:

(...)

Zamówili mi taksówkę
gdzieś między pierwszą i drugą w nocy, kierowca
miał z osiemdziesiąt lat
i nie mówił żadnym turystycznym językiem.*
Dobrze, że o takiej późnej porze
podróż z Pesztu do Budy
nie trwa zbyt długo, **
inaczej przyszłoby mi jak najszybciej
opanować węgierski,
żeby jakoś podtrzymać z nim rozmowę,
co z jednej strony nie jest łatwe
po dwóch butelkach wypitej naprędce
palinki. ***

Przed mostem Wolności (Szabadság hid),
on, oczywiście, zapomniawszy, że nie jestem tutejszy ****
(zważywszy na jego wiek,
to wcale nie dziwne i nawet naturalne),
zaczął mi coś z ożywieniem opowiadać.
Tak, jakbym w swoim codziennym życiu
mył spalinowe lokomotywy na dworcu Keleti
i był w stanie zrozumieć na czym polega dowcip.


(...)


* no tak, starzy Węgrzy na pewno uczyli się rosyjskiego w szkołach, ale są zawzięci jak Słowacy z językiem węgierskim
** normalnie trwa tyle, że ja bym wolała poczekać na nocny, i tak jeżdżą co jakiś kwadrans...
*** dwóch butelkach palinki... ciekawe, czy na głowę? biorąc pod uwagę, że to poezja dość autobiograficzna, zaryzykuję utożsamienie podmiotu lirycznego z autorem i, pamiętając o tym, że to Ukrainiec z Iwanofrankowska, wierzę, że mógł wypić dwie butelki palinki sam. Ja bym była nieżywa.
**** oni tak mają, Węgrzy po 60. nie przyjmują do wiadomości, że ktoś nie mówi po węgiersku...

5 listopada 2007

transylvanian vampirella

Na jakiś czas mam dość siedzenia, szczególnie w autokarze... Od godziny 20.00 w środę do 21.30 w niedzielę większość czasu spędziłam w autobusie i naprawdę mam dość. Coś za coś. Za to siedzenie były widoki - i to jakie! Rumuńskie ;) W ogóle Transylwania przypomina mi nieco Bieszczady, z tym, że jest chyba bardziej "pofalowana" - tzn jest sporo malutkich pagórków i pagóreczków, które "rosną" sobie w różnych kierunkach i takie sprawiają wrażenie.


Ogólnie: Karpaty piękne, szkoda, że ludzie nie bardzo o nie dbają i śmiecą przeokrutnie. Te butelki to tylko malutki dysonans w tym pejzażu, niewielka próbka rumuńskich możliwości.
Poza tym wrażenia mam trochę jak po wizycie w Meksyku - kraj kontrastów: miasta niczym się nie różnią od miast w całej Europie i pewnie nie tylko Europie, ale wieś... Kompletnie inny świat. Ok, w Polsce też mamy walące się chałupy, malowane ultramaryną z wapnem stojące za płotem, który raczej leży niż stoi. Mamy pola kapusty. Zdarza się zobaczyć konia ciągnącego drewnianą furę po asfalcie. Ale raczej już się nie ogląda takich widoków: (albo ja po prostu na prawdziwej wsi nie byłam ;)

Generalnie było dość, hmm, egzotycznie :) np palinka do śniadania i to w kieliszkach do wina :D Nie tylko do śniadania zresztą, do obiadu też. Hotel w Korond ledwo chyba przetrzymał bandę erasmusów. Hotel zresztą też ciekawy. W środku niczego, tylko stacja benzynowa (i dziesiątki tankujących tam dacii), 24h bar i to by było na tyle. W wiosce, gdzie mieszkaliśmy, jest jeszcze sporo sklepików z pamiątkami - ceramika, haftowane obrusy, etc. - i to by było na tyle ;)

Ludzie też są dość zabawni. I zabawne są rumuńskie leje - oni robią pieniądze z jakiejś folii :D nawet podrzeć się tego nie da. No i mają chyba jakieś braki monetarne - zamiast drobnych czasem wydają gumę do żucia albo saszetkę cukru...

Ok, nie chce mi się więcej pisać ;)
więcej zdjęć tutaj

29 października 2007

ferie jesienne

W poniedziałek zaczęły się ferie. Różnica między feriami a "nieferiami" jest taka, że nie miałam w poniedziałek rano zajęć o Iwaszkiewiczu. I wieczorem węgierskiego. Poza tym żadnych odczuwalnych skutków ferii nie zauważyłam.
W ogóle dziewczyny stwierdziły po Polish Evening, że polskie jedzenie jest dziwne - wszystko robimy z kiszonej kapusty :D no cóż - był bigos, łazanki, pierogi z kapustą i grzybami... i z kiszonej kapusty to by było na tyle. Były też pierogi ruskie, gołąbki, sałatka jarzynowa i oczywiście trunki: żołądkowa gorzka, żubrówka i wściekłe psy z wyborowej. Mam wrażenie, że to to ostatnie cieszyło się największym wzięciem. Chociaż właściwie wszystko zostało zjedzone, nawet krówki i mieszanka krakowska... Za to Joana zachwycona przebojem Tarzan Boya, czyli przynajmniej polska muzyka jest do przyjęcia.


W ogóle Polish Evening zrobiliśmy w Domu Polskim. Nie przewidzieliśmy tylko, że Dom jest przy polskiej parafii w Budapeszcie i wysiadających z autobusu erasmusów przywita podświetlona Maryjka w grocie :D Niezłe miejsce na imprezę, co? Trochę pozasłanialiśmy aniołki plakatami i dało radę ;) Quiz też dał radę (Bartek nieco podkręcił wersję wrocławską, heh)... Wygrali sąsiedzi z Litwy.


A dzisiaj zabiję nudę! Jadę do Transylwanii, za jakieś 1,5h wychodzę na dworzec Nepliget. Heh, ostatnio coś dość często tam bywam... Za niedługo znów tam pojadę po Zoo i Saszkie, a wcześniej może jeszcze odprowadzić Vanię i Joanę, bo się dziewczyny za tydzień wypuszczają na weekend do Krakowa. A ja dzisiaj kupiłam rumuńskie leje i jadę sprawdzić, jak się ma Nosferatu w dzień Wszystkich Świętych. Jutro ok. 6.00 rano powinnam być już u Draculi.

Viszontlátásra!

27 października 2007

Boże, spluń! Bombo atomowa, przybądź!

Ja już nie mogę... Zaczęło się w czwartek - Polish Evening - całkiem udany zresztą, przeciągnął się nam do wczesnych godzin porannych. W piątek kolacja u Kristofa skończyła się łażeniem po Budapeszcie przez jakąś godzinę w poszukiwaniu miejsca, gdzie można by potańczyć. Znaleźliśmy w końcu West Balkan - miejsce całkiem przyjemne, ale i zatłoczone. No i już o 4.00 wróciliśmy do domu. No a dzisiaj impreza u nas w mieszkaniu. Ja zaczynam mieć powoli dość... Do tej pory oczy mi się nie chcą tak do końca otworzyć, nie mam energii nawet na to, żeby ruszyć się z pokojonorki chociażby do kuchni. A tu pewnie znów jakieś dzikie tłumy się zbiorą. Ech, co za los... W ogóle to nicnierobienie zaczyna być męczące. Może chociaż wycieczka do Transylwanii będzie jakąś przerwą w nie robieniu niczego. Bo ostatnio to my tu wszystkie po prostu jesteśmy. I to by było na tyle z naszej strony. Na szczęście zbliża się termin mojego referatu na historii literatury, to przynajmniej jeden dzień będę miała co ze sobą zrobić. No i może pora zacząć pisać pracę zaliczeniową z wpływów literackich, a przynajmniej wybrać się na konsultacje... Mówiąc krótko: nudzi mi się...

24 października 2007

nagyon jo!

czyli dostałam 'bdb'

na jesienne smuteczki

zöld tea van a új piros bögreben ;)


A poza kupowaniem sobie nagród pocieszenia z okazji jesiennej deprechy, ugotowałam dzisiaj to:

To, czyli mój pierwszy w życiu bigos, i do tego na obczyźnie. Ale smakuje całkiem jak bigos ;)

A skoro już taki fotoblog mi się dzisiaj zrobił, to jeszcze jedno - lekko już przeterminowane (16.10.2007) zdjęcie - uczymy się na świeżym powietrzu, w prawie bezpośrednim kontakcie ze sztuką, na tarasie muzeum sztuki współczesnej (no dobra, uczy się Vania, Joana gdzieś się zagubiła, a ja jestem po drugiej stronie obiektywu):

magyarul tanulunk ;)

gloomy sunday*

Skończył się wreszcie ten tydzień z trzema niedzielami... hurra. Można przestać się nudzić. Z tym, że pogoda nie sprzyja niczemu innemu. W ramach walki z marazmem i jesienną deprechą Vania postanowiła wczoraj pozwiedzać miasto - efekt: przemoknięte buty. Ja ruszyłam się tylko do dyżurnej apteki po coś na bakcyla dla Stiopy i coś na kaszel dla mnie, zanim wypluję swoje płuca - misja zakończona sukcesem (a i tak musiałam przejść samą siebie i powiedzieć, że chodzi mi o kaszel we wszystkich chyba znanych mi językach, mimo że pani zrozumiała już pierwszą, anglojęzyczną, wersję)**. Joana już nawet nie próbowała walczyć z nudą... Dzisiaj dziewczyny sprzątają i piorą, a ja wyruszam w miasto w poszukiwaniu: kapusty świeżej, kapusty kiszonej, padliny i suszonych śliwek, co mam zamiar zamienić w polish national dish, ergo: bigos. Jutro Polish Party...
Poza tym dzisiaj zaczęło się dla mnie już 2 razy. Pierwszy raz w samym środku nocy, kiedy zadzwonił budzik i powiedział, że trzeba się zbierać na dworzec Népliget, wsadzić Stiopę do autobusu do Krakkó. Autobus o 6.15, ale jeszcze śniadanie, kawa (bo inaczej nie otworzyłabym oczu o 4.00), sklep 24h, metro, dworzec. Całe szczęście, żeby przejść ze stacji metra na dworzec nawet nie trzeba wychodzić na powierzchnię ziemi ;) Za to pani w informacji na dworcu nie mówi w cywilizowanych językach, dobrze, że zrozumiała "eurolines" i pokazała kierunek (jedyny z możliwych - trudno się było domyślić). Zdążyliśmy bez problemu, Stiopa się usadowił, autobus ruszył (teraz pewnie kołuje po dworcu w Krakowie), a ja do metra i przed 7.00 byłam w domu. A na dworze ciągle było ciemno... No to położyłam się spać i drugi raz przywitałam dzień w południe. Znów zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i spadam na te zakupy, bo bigos się sam nie zrobi ;)

Wczoraj wyczytałam na gazecie.pl, że w Budapeszcie były jakieś zamieszki, 19 osób rannych, w tym 14 policjantów, płonące barykady z samochodów itp... No cóż, wiem, że w operze przemawiał nie bardzo lubiany przez prawicowców premier Ferenc Gyurcsány i że operę obstawiały uzbrojone po zęby oddziały policji (Joana z Vanią poszły popatrzeć). Latały helikoptery, policjanci pilnowali opery - lekko znudzeni uśmiechali się do turystek ;), no i tyle. Dziewczyny też znudzone wróciły do domu. A tu w polskim internecie takie niusy. Mieszkamy naprawdę blisko tej opery, w samym centrum i jedyny ślad jakiegoś poruszenia to kilka chyba pijanych głosów w nocy za oknem (kto tam wie, kiedy Węgrzy są pijani, skoro i tak mówią tak dziwacznie nawet na trzeźwo) i we wtorek ludzie przechodzący ulicą z flagami Węgier, ale zwiniętymi, grzecznie wciśniętymi pod pachę. Nie oglądam tévé, nie czytam nawet nagłówków gazet, ale mam wrażenie, że media nieco deformują fakty...


* taka węgierska piosenka dla samobójców - można posłuchać tu
** po węgiersku köhögés

22 października 2007

traktat o gniciu

Dopadł nas jesienny bakcyl. To znaczy najpierw dopadł mnie, a następnie sprzedałam go Stiopie... Z tym, że - jak wiadomo - kobiety są silniejsze i mi przeszło po 2 polopirynach C i saunie pod kołdrą przez 1 noc, Stiopa poci się już ponad dobę, wyczerpał zapasy aspiryny, kończy się polopiryna, został tylko scorbolamid i cerutin. A tu święto narodowe, we wtorek rocznica wybuchu powstania przeciw ZSRR w 1956 (23.10.), no i poniedziałek też wolny, normalnie długi weekend sobie zrobili - a apteki pozamykane... Mimo to chyba udało się opanować dramatyczną sytuację przy pomocy dostępnych środków farmakologicznych oraz herbaty malinowej z sokiem malinowym lub z czarnego bzu. No ale z gorączką czy bez i tak gnijemy w domu. Mnie to już zaczyna męczyć. Ileż można?! Ja już tylko kaszlę jak rasowy gruźlik, pewnie jeszcze z miesiąc tak będę, ale myślę, że jestem już w stanie wyleźć spod kołdry, ba!, nawet wyjść z domu. Co zresztą od czwartku uskuteczniałam. Plan zwiedzania Budapesztu z Piotrkiem, Magdą i Stiopą był dość napięty ;) a po drodze jeszcze dzika erasmusowa impreza w domu (dlatego 2/3 gości tę noc spędziło w hotelu). No to tak, zaczęliśmy w czwartek od Parlamentu i węgierskiego obiadu. Okazuje się, że wcale nie tak łatwo znaleźć lokalną kuchnię w centrum stolicy, a jak już się udało, to się okazało, że mało światowa z nas klientela ;) no cóż, nie zauważyliśmy sztućców do przystawki, nie wspominając już o wątpliwościach serwetkowych. No, ale przynajmniej hojności nie można nam odmówić - mimo że do rachunku doliczony był "serwis' (ponad 1200 HUF), mój brat postanowił dać napiwek wysokości - UWAGA- 100 HUF (jakieś 1,5 PLN). Ale nie da się ukryć, galuszki były pycha! Tylko nie wiedzieć czemu dania wegetariańskie jakby w mniejszych porcjach - ale może to po prostu postura Stiopy zasugerowała szefowi kuchni ilość brokułów na jego [Stiopy, nie szefa kuchni] talerzu?

[Właśnie strąciłam z biurka szklankę i mam pełno szkła w kapciach, w związku z tym ledwo żywy Stiopa pobiegł po odkurzacz... A tak w ogóle to nie pierwsza moja zbita szklanka dzisiaj, ale o tym ciiiiiiiii...]

No, to w piątek Magda z Piotrkiem zaczęli zwiedzanie wcześniej niż my ze Stiopą, gdyż ponieważ my musieliśmy torować sobie drogę do kuchni i łazienki przez poimprezowe sterty kubków, butelek, potłuczonego szkła i tym podobnych... No, ale w końcu się udało i połączyliśmy siły na wzgórzu zamkowym. Wiało nieprzeciętnie, jak na dworcu w Kieleckiem. Jakoś jednak dotarliśmy do Muzeum Narodowego i nawet do hali targowej z papryką, tokajem, papryką i papryką. W sobotę pojechaliśmy do Szentendre i Wyszehradu. Wieczorem państwo N. pojechali do Wiednia, a my zaczęliśmy powoli gnić. W niedzielę udało mi się jeszcze zaciągnąć Stiopę do ambasady RP, żeby potrzymał mnie za rękę, jak będę skreślać nowe władze i do muzeum sztuki współczesnej na wystawę, którą powinnam już prawie miesiąc temu obejrzeć w ramach zajęć z filmu. Wystawa całkiem fajna, szczególnie część poświęcona rewolucji. A po wystawie okazało się, że sprzedałam bakcyla Stiopie i biegiem do domu, wziąć aspirynę i pod kołdrę... No i od temtej pory zmieniło się tyle, że PiS już nie rządzi w Polsce (podobno).

A a propos głosowania - podaję panu z komisji dowód osobisty, pan sobie czyta, że mieszkam w Waldenburgu i pyta: "Wałbrzych, Wałbrzych... to tam mieszka Olga Tokarczuk?". Ja mu na to, że o ile mi wiadomo, mieszka w Krajanowie, niedaleko Wałbrzycha, ale dużo ładniej. Ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam na czole napisu "interesuje się współczesną literaturą polską" albo "studentka krytyki literackiej" czy też "polonistka". Moje lustereczko mówi, że niczego takiego na twarzy nie mam, ale nie mówi też, że jestem najpiękniejsza na świecie, więc mu nie do końca wierzę... Swoją drogą zabawne, że pan zapytał o polską pisarkę, kiedy brałam od niego kartę, żeby skreślić inną polską pisarkę...

21 października 2007

ogłoszenie specjalne

Odzyskałam już głos, teraz mam kaszel jak rasowy gruźlik... Zakładam na nogi specjalne skarpety do spania, które dotarły do mnie razem z pomocą humanitarną z Kraju, i pod kołdrę... jesień... ble


A może jeszcze herbata malinowa? (też z "paczek")

20 października 2007

przerwa techniczna

Ogłaszam chwilową przerwę w nadawaniu spowodowaną najazdem gości z Polski. Opiszę wszystko z detalami jak już sobie pojadą ;) A poza tym to straciłam głos i się nie odzywam... bu

15 października 2007

Koszyce i Tokaj

A dla Węgrów Kassa ès Tokaj... Te mocarstwowe przyzwyczajenia, Wielkie Węgry i tak dalej. Jakoś nie mogą przyjąć do wiadomości, że to już nie Węgry, a Słowacja. Z tym, że wciąż spora mniejszość węgierska tam mieszka. W katedrze na własne uszy słyszałam kawałek kazania po węgiersku. Chociaż na Słowacji nacjonaliści nie śpią i można dostać w twarz za mówienie po madziarsku... Poza tym sporo Słowaków z tamtych stron rozumie węgierski, ale nie chce w tym języku mówić - za to dobrze wiedzą, co mówią do siebie byli "okupanci". Zresztą nie wiem dokładnie, jak wygląda sytuacja, ale jest jakiś konflikt dyplomatyczny na linii Budapeszt-Bratysława związany właśnie z historią tych przygranicznych terenów, używaniem języka węgierskiego i sprawą pobicia pewnej dziewczyny na Słowacji... No dobra, my sobie pooglądaliśmy miasteczko. Niby 200 tyś. mieszkańców, ale wydaje się, że to mała prowincjonalna mieścina. Na Słowacji pewnie słowo "metropolia" ma nieco inne znaczenie. Ale samo centrum śliczne.


z widokiem na teatr ;)


katedra w Koszycach

Nie ma to jednak jak doskonała organizacja wycieczki ;) Aż tak to nawet 2Wrocław Team nigdy nie improwizuje. A przynajmniej nikt tego nie zauważa do tego stopnia. Węgierska specjalność to czekanie i łażenie bez celu (no dobra, w poszukiwaniu świątyni rozrywki = knajpy zdolnej pomieścić 40 żądnych zabawy erasmusów). Ech, czy naprawdę trzeba było marznąć 1,5h, żeby w końcu pojechać taksówką (za 80 słowackich koron - podzielić przez 4 os w taksówce = cena biletu autobusowego...) do centrum i znaleźć paskudną dyskotekę. Po dwóch drinach i piwie mogę bawić się do każdej muzyki - jak się okazało ;) Do 4:oo... a pobudka o 8:00 to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej... Uratowało mnie kilka godzin drzemki w autobusie. Z przerwą na zobaczenie zamku w Krasnej Horce (niestety do środka nas już nie wpuścili, bo przyjechaliśmy za późno...)


zamek w Krasnej Horce

A później dotarliśmy (spóźnieni) do Tokaju. Najpierw kolacja i degustacja wina... Oryginalny gulasz nieco się różni od tego, co pod tą nazwą znamy w Polsce ;) Tutejszy gulasz to właściwie zupa z mięsa i ziemniaków... Do tego chleb. No i 6 gatunków Tokaja. Od wytrawnego po obrzydliwie słodkie. Po kolacji zakupy w sklepie otworzonym przez właścicieli specjalnie dla nas... A wieczorem... tańce ;)

degustacja

Rano pooglądaliśmy Tokaj (też mała mieścina) i z powrotem do Budapesztu...
w muzeum w Tokaju

A tymczasem 11.10. ogłoszono, kto dostał literacką nagrodę Nobla... No to sobie czytam, jedząc własnoręcznie ugotowaną kartoflankę z zielonym ogórkiem i koperkiem, o pani Doris Lessing...
A na początku miesiąca nagrodę Fundacji im.Kościelskich zgarnął Mikołaj Łoziński za "Riesefieber". Może warto by poczytać? ;)


PS. Reszta zdjęć w galerii.


10 października 2007

pobite gary

Nie no, nic się nie pobiło (choć było blisko...), ale poszło o gary właśnie. I o "trudne" charaktery. A może o zbyt wybujały egotyzm. No cóż, niektórzy lubią być w centrum uwagi... W każdym razie pierwszy konflikt już zażegnany. Mini kłótnia o to, że Kati nie myje naczyń po wszystkich (mimo że trzy pozostałe współlokatorki myją wszystko, jak leci) zaowocowała poczuciem, że "one mnie nie lubią". Co za przedszkole. A niby tylko 3 lata młodsza ;) No nic, kazałam Kati porozmawiać z dziewczynami, skoro twierdzi, że jej n i e n a w i d z ą. O jej argumentach na poparcie tej tezy nie będę wspominać, bo są wprost żenujące, podsumuję jednym słowem - żenua! (sorry za pleonazm ;) Łzy już otarte, sprawa wyjaśniona. A ja, jako zwierzątko niekłótliwe, lubiące siedzieć w swojej norze [zostałam nornicą, tylko nocami wybywam z nory...], postanowiłam złagodzić sytuację za pomocą pozytywnych reggae wibracji (Izrael) i makaronu ze szpinakiem. Pomogło. No i ja już się przestaję dziwić, jak inni się dziwią, że same dziewczyny w mieszkaniu, a się nie biją (to o Uniwersyteckiej, zanim wprowadził się element męski). Współlokatorki należy starannie dobrać pod względem charakterologicznym, uwzględnić porę snu i posiłków oraz gust muzyczny... Tutaj nie było czasu na rozpoznanie ;)

W ogóle jakieś dziwy się tu dzieją - Vanii zginęło z dysku kilka GB muzyki... Ktoś schował wino do zamrażalnika i ciśnienie wywaliło korek, wszystko w środku jest zlepione zamarzniętym tokajem.

A mnie ciągle ktoś pyta o drogę. Wiecznie spotykam pod synagogą jakichś - tak myślę - amerykańskich Żydów. Co drugi wygląda trochę jak Woody Allen ;) No i oni się wiecznie upierają, żeby zapytać akurat mnie i akurat po węgiersku. A że mówią w tym języku mniej więcej na takim poziomie jak ja, to pół godziny coś sylabizują i jak już myślą, że osiągnęli szczyt lingwistycznego wyrafinowania i misja zakończy się sukcesem, słyszą w odpowiedzi "I don't speak Hungarian.". A zwykle i tak pytają o Dunaj (który nota bene lekko zakręca i spod synagogi można dojść do rzeki, idąc w dwóch różnych kierunkach...). No cóż, mieszkam w dawnym budapeszteńskim getcie. Ciekawa okolica: koszerne sklepy, napisy po hebrajsku... I tłumy turystów.

Aaa, no i sprawdziłam, gdzie jest Plac Broni z tytułu Molnara. I co? I po węgiersku to nawet nie jest plac. To ulica. Pál utca - ulica Pawła. A oryginalny tytuł powieści brzmi "A Pál utcai fiúk" - chłopcy z ulicy Pawła. Ulica podobno przylega do placu - może tłumaczka bardziej lubi place... A ta ulica jest całkiem niedaleko stąd, kiedyś się tam wybiorę :P Wczoraj zabłądziłam już na ulicę Molnara, celem dorwania miesięcznika "Dialog" nr 2 z roku 1982 w bibliotece, o której już donosiłam. A w "Dialogu" dramat Różewicza pt."Pułapka". Mocna rzecz. Ale ja nie o tym. Otóż, żeby zapisać się do obcojęzycznej biblioteki, trzeba przyjść z rodowitym Węgrem/Węgierką. Hmm... A za jednorazowe wejście zapłacić 500 HUF. Ech, co za los... A później jeszcze przeczytałam maila od prowadzącego seminarium, że zajęcia przenosimy na następny tydzień.

No, i dostałam dzisiaj niespodziewankę od Nadwornego Reportera. Ta-dam:




8 października 2007

dzisiaj

Dzisiaj zapłaciłam za wycieczkę do słowackich Koszyc i węgierskiego Tokaju. Jadę w piątek. Poza tym ledwo wstałam na zajęcia, bo w nocy czytałam do późna streszczenie "Chłopów" (ja wiedziałam, że kara mnie nie ominie... wszystkie odpuszczone na studiach lektury wracają w kolejnych semestrach. No ale kto by się spodziewał powrotu Młodej Polski, jak ma się w indeksie 'bdb' za znajomość współczesnej polskiej literatury?!) Jednak opłacało się wstać, dostałam ksero istotnego artykułu o "bruLionie", napisanego z okazji 20. rocznicy wydania pierwszego numeru...
A teraz coś z zupełnie innej beczki: z serii "aga po drugiej stronie lustra" czeka mnie (i resztę rodaków) zorganizowanie 'polish party' - super, nie?
Aaa, poszłam dziś do Instytutu Polskiego, bo w końcu trzeba zacząć czytać lektury. I co? I biblioteka nieczynna w tym tygodniu... Jutro idę zobaczyć, co tam słychać w bibliotece Gorkiego (już od dawna się tak nie nazywa, kto by chciał mieć w swoim mieście bibliotekę dedykowaną ojcu-założycielowi socrealizmu? Ale jakoś tak łatwiej i krócej użyć tego nazwiska niż opisywać, co to za biblioteka*). I refleksja na koniec - ten Budapeszt coś się kurczy, jeśli przemierza się go na piechotę, gadając przy tym o wszystkim i niczym, a głównie o życiu erasmusów w wielkim mieście...





* Nic dziwnego, że Węgrzy chcą zapomnieć, kto i dlaczego tak tę instytucję nazwał... Powstała w 1956 roku jako biblioteka z literaturą radziecką. Później dołączyły zbiory w innych językach. A mieści się na ulicy Molnara, jednego z niewielu węgierskich twórców, o których w ogóle słyszałam i jedynego, którego dzieło znam. ;)

reggae ryby

Ryby mają głos Jac Po mix -- studnia org pl

7 października 2007

śniadanie miś-trzów

nie ma to jak porządne niedzielne śniadanie w domowej atmosferze, szczególnie takie jedzone po 16.00 ;-) a wcześniej wycieczka do sklepu...w piżamach :-D to akurat wpływ grupy rówieśniczej - sama na to nie wpadłam!

5 października 2007

after party

no to po imprezie... pierwszej i mam nadzieję, że ostatniej w takim tłumie... no cóż, widocznie impreza była niezła, skoro znalazło się tylu nieproszonych gości, sami autochtoni... a może Węgrzy tak już mają, hmm
no tak czy inaczej o 16 ostatecznie opuściłyśmy z Vanią nasze norki i zabrałyśmy się za sprzątanie i mimo nierównych sił odniosłyśmy druzgocące zwycięstwo nad syfem!! - prawie 1,5h później wszystko lśni (no dobra, po prostu się nie klei), a w domu roznosi się rozkoszny zapach chloru... Tylko umywalka w łazience odmawia wypuszczania wody do rury, widocznie mają się ku sobie. Vania zaliczyła dwie kontuzje w trakcie sprzątania, dobrze, że nie straciła palca (kto wymyślił teleskopowe rury w odkurzaczu, które znienacka się składają, przycinając palce?!)


na pierwszym planie Vania, dalej przyjaciele i znajomi królika...

PS Dla wtajemniczonych - ktoś oprócz mnie widział mieszkanie na Antoniego po sylwestrze? dzisiaj nasze wyglądało podobnie :D

4 października 2007

sorry, no photos

Dzisiaj są urodziny Vanii - wieczorem impreza ;) a wcześniej zakupy... wybrałyśmy się do tesco, bo to nie tylko zakupy imprezowe, ale też racje żywnościowe na jakiś czas i inne tam takie płyny i proszki. No i wychodząc z domu wzięłam ze sobą aparat, bo pomyślałam, że to może zabawnie wyglądać: my cztery i walizka, która miała pełnić rolę wózka na zakupy. Swoją drogą paradowanie po markecie z walizą też było zabawne, ale same zakupy już mniej. Nie zdawałam sobie sprawy, że to może ludzi tak stresować - dziewczyny mało się nie pogryzły o kierunek zwiedzania tesco! heh, no ja i Vania miałyśmy raczej głupawkę z tej okazji... Ale nic to. Narobiłyśmy tych zakupów, płacimy i pakujemy - no dobra, trochę wstrzymałyśmy ruch w jednej z kas ;) No i pakujemy i pakujemy, oczywiście w walizce wcale nie mieści się tak dużo, jak nam się wydawało. Drogą selekcji wg klucza: ciężkie/lekkie ciężkie zapakowałyśmy do walizy, resztę w siaty i do metra... No i przestało być zabawnie, nie miałam ani siły, ani nawet możliwości robić zdjęć... Po drodze Kati musiała nas opuścić i biec na zajęcia, już zresztą spóźniona, więc my trzy, walizka, siaty i siatki udałyśmy się do domu - droga z Blaha Lujza tér trochę nam się rozciągnęła... Ręce chyba też. No i ten remont na naszej ulicy to już po prostu przegięcie. bu!

3 października 2007

zdjęcie tytułowe ;)

chyba już nic dopisywać nie trzeba, co? ;)

30 września 2007

Szentendre i Visegrád


Nie, nie - to nie Holandia ;) to skansen w Szentendre. Wycieczka krajoznawcza prawie udana, oprócz dziur w spodniach i tony błota na butach mam sporo fajnych zdjęć, poznałam kilkoro interesujących ludzi, no i nieźle się nałaziłam ;) A na koniec, w drodze powrotnej z Visegradu, impreza na statku... A Dunaj wcale nie modry ;)
Swoją drogą Szentendre to ciekawe miasteczko - malutka mieścina z urokliwymi malutkimi domkami, pełno sklepów z tym, co każdy turysta powinien przywieźć z Madziaroszagu (ja nie jestem turystką, ja tu mieszkam ;) i co krok jakieś muzeum - salami, marcepanu, microscope art (piramidy w uchu igły do szycia itp.), jakichś nieznanych mi malarzy, dom pamięci o Holocauście, muzeum ortodoksyjnego kościoła serbskiego... A w ogóle to się reklamują (na koszulkach - do kupienia w centrum) jako miasto siedmiu kościołów - ciekawe, ilu wyznań? Poza tym w księgarni na wystawie wypatrzyłam "Duklę" Stasiuka po węgiersku :)

PS więcej zdjęć tu

28 września 2007

chora...

Szafkę mam, oczywiście bez drzwi... no cóż, trzeba będzie składać ciuchy ;) A poza tym to się przeziębiłam i piję cały dzień na zmianę herbatę z sokiem malinowym, herbatę z sokiem z czarnego bzu lub herbatę z cytryną. A przed spaniem polopiryna C. Mam nadzieję, że pomoże, bo jutro wybieram się na wycieczkę do Szentendre i Visegradu.... A dzisiaj opiję się tej harbaty i posłucham Studni, leżąc w łóżku.

26 września 2007

mój pokój teraz

Teraz to wygląda tak, ale ciągle czekam na szafkę, która miałaby drzwi, więc wygląd może się jeszcze zmienić ;)



mieszkanie przed zamieszkaniem

mój pokój


wanna ;)


living room


kuchnia

25 września 2007

dr. Nagy Zsolt

Pierwsze szczepienie na obczyźnie zaliczone ;) ale ile z tym zabawy! Dostałam adres alergologa, więc jadę się zaszczepić. Adres w Budzie, czyli za rzeką, jedna z chyba 5 w tym mieście ulic Ady Endre*, II dzielnica. Nie wiem, czym mam tam jechać, więc sprawdzam connection browser na stronie BKV**. No i mam: trolejbus nr 75 - 1 przystanek, trolejbus nr 79 - 12 przystanków, autobus nr 91 - 10 przystanków, szacowany czas - 53 minuty... No co mam zrobić, wsiadam w 75 i jadę. Szkoda, że na następnym przystanku 79 nie staje :/ no to czekam na następny 75, jadę na kolejny przystanek i wysiadam. Tu 79 staje. Wsiadłam w trolejbus i jadę te kilkanaście przystanków (oczywiście przy 2 czy 3 zgubiłam się z liczeniem, a nie zapisałam sobie nazwy...). Udało mi się trafić tam, gdzie miałam się przesiąść. Idę na autobus, znalazłam przystanek właściwie przez przypadek, wsiadłam i jadę. Z planu miasta wydedukowałam, gdzie mam wysiąść. Wysiadam, patrzę na plan i widzę - zakręt w lewo, pierwsza w prawo i jestem na Ady Endre. Mhm... prawie. No dobra, jakieś pół h później znalazłam gabinet. Było koło 14, a na drzwiach jak byk, że dr. Nagy Zsolt przyjmuje dzisiaj od 16:00. No bomba w torcie. Poszłam sobie na kawę i obiad, a po drodze wyczaiłam przystanek tramwaju, w który mogłam wsiąść 2 przystanki od akademika... Bardzo mi się podoba budapeszteńska wyszukiwarka połączeń komunikacji miejskiej.

* nazwy ulic się powtarzają, bo chyba w każdej wiosce, która kiedyś weszła w administracyjne granice miasta była ulica o takiej nazwie, to nazwisko jakiegoś poety, widocznie Węgrzy lubią swoich poetów ;)

** taki tutejszy ZDiK czy tam inne MZK

24 września 2007

Agata vagyok

Wróciłam właśnie z pierwszej lekcji węgierskiego i wiem jedno - ciężko będzie ;) ale dam radę! A w ogóle to dzisiaj miło zaskoczył nas (ja, Joana, Vania) profesor od zajęć nt. filmu. Otóż, nie ma zajęć z tego zakresu po angielsku, ale jak zobaczył nas trzy, studentki innych wydziałów tak okropnie nudzące się na swoich zajęciach (ja powtarzam Młodą Polskę), tudzież wcale nie mające zajęć (tak, tak - dziewczyny z Lizbony nie miały szczęścia na socjologii), stwierdził, że postara się rozwiązać nasz problem i oto zorganizował nam nieoficjalne zajęcia z filmoznawstwa :) W środę dostaniemy listę filmów po angielsku lub z angielskimi napisami, mamy sobie wybrać kilka tytułów, które obejrzymy, a później wspólnie pointerpretujemy. Fajnie. A poza tym dzisiaj przemeblowałyśmy nasze mieszkanie, teraz czekamy na sprzątanie (wynajęta przez właścicielkę - i sąsiadkę zarazem - pani przyjdzie w środę) i możemy się wprowadzać. Jutro jeszcze zakupy w Ikei - kołdra, poduszka i takie tam...

A teraz zagadka lingwistyczna ;) Może ktoś przetłumaczy? Stiopa, Ty masz dostęp do tajnych materiałów w sieci, możesz odpowiedzieć na końcu :P


Agata vagyok.
Lengyel vagyok.
Egytemista vagyok.
Huszonhárom éves vagyok.


21 września 2007

przeprowadzki

Mam mieszkanie! Za 2h jedziemy podpisać umowę, odebrać klucze i możemy zacząć zwozić swoje rzeczy... Mieszkanie jest spore, stare i wygląda osobliwie, ale jest w miarę tanie, w samym centrum Pesztu i wyposażone we wszystko, co będzie nam potrzebne. Nam, czyli mi, Katy z Transylwanii oraz Joanie i Vanii z Portugalii. Zapraszamy ;)

1075 Budapest
Wesselenyi utca 32 I/2
na domofonie 5
drugie piętro

18 września 2007

kącik poetycki

Jak Wam się wydawało, że na tym blogu nie będzie żadnych wierszy, to źle Wam się wydawało :P Będą. Zacznę od wierszy made in Ukraine, chociaż nie wiem, czy Jurij A. nie pisał tego gdzieś na obczyźnie... Tak czy inaczej, Jurij Andruchowycz w utworze Nothing but Budapest (przekład Bohdana Zadury) i przypisy:

Nawet mógłbym myć spalinowe lokomotywy
na dworcu Keleti*-
żeby tylko być bliżej Budy** z jej zielonymi wzgórzami.
Żeby tylko nie mówić ani słowa,
siedzieć i słuchać,
jak wszyscy wokół mnie o czymś mówią po węgiersku.

Zgodnie z Peterem Zilahyem
w ciągu ostatnich kilku lat
Węgrzy stracili światowy prymat
w samobójstwach***
i teraz są tylko gdzieś w pierwszej
piątce.

To może oznaczać, że oni
odnajdują coraz większe porozumienie ze światem.
Czyli że coraz więcej ludzi rozumie ich język.****
To równie dobrze
może nie oznaczać nic
poza przedwczesnością tego wniosku.*****

(...)

wiersz jest długi, może resztę napiszę w kolejnych odcinkach

* jak macie zamiar przyjechać do mnie pociągiem, to najlepiej na ten właśnie dworzec, jest blisko centrum Pesztu, bo taki dworzec Deli np to na końcu Budy, daleko i trzeba się przesiadać...
**Buda rzeczywiście jest zielona i górzysta, a dworzec Keleti wcale nie jest blisko Budy, dlatego pewnie bohater wiersza, i zarazem jego podmiot liryczny chciałby trochę zarobić, myjąc lokomotywy, wtedy mógłby wsiąść na dworcu w metro i tam pojechać, ale mógłby też wsiąść w autobus nr 7, przejechać kilka przystanków do Blaha Lujza ter i tam wsiąść w tramwaj nr 4 lub 6, za Margit Hid jest już Buda, a tramwajem łatwiej bez biletu niż metrem;)
*** teraz przodują pewnie Japończycy, chyba że Finowie...
****tak, tak, ja kupiłam dzisiaj podręcznik do węgierskiego i słownik magyar-angol i vice versa
***** i co z tego, skoro położyłam to od razu na półce?


okiem obserwatora ;)

Węgrzy mają ciekawe zwyczaje, szczególnie fascynują mnie te związane z komunikacją miejską w Budzie i Peszcie. Generalnie wszystko działa super, rozkład jazdy przejrzysty, nigdy nie trzeba długo czekać, wszystko jasne i dojechać wszędzie łatwo. Ale - mają np taki zwyczaj, że na tej samej trasie jadą dwa autobusy o tym samym numerze, z tym, że jeden zatrzymuje się na wszystkich przystankach, drugi nie (nie zatrzymuje się oczywiście na MOIM przystanku). Hmmm, ciekawe, jak to działa, myślę sobie. No i po tygodniu odkryłam, że numerek jest ten sam, ale jeden jest zielony (wszystkie przystanki), drugi czerwony (nie wszystkie)... Ciekawe, jak radzą sobie z tym daltoniści... Po drugie, ludzie mają zwyczaj stawać przy drzwiach przystanek wcześniej, niż wysiadają - chyba żeby mieć pewność, że zdążą... I się tak ciągle ktoś przepycha i przepycha. Po trzecie, nigdy nie próbuj siedzieć w autobusie/tramwaju/trolejbusie/metrze, kiedy obok stoi ktoś, kto mógłby znać osobiście Kasztankę Piłsudskiego, gdyby mieszkał w Warszawie, a nie Budapeszcie. Oj, można się narazić na bluzgi w tym barbarzyńskim języku, albo i na cios parasolką ;) No i jeszcze zagadywanie... Przodują babcie. I don't speak/understand Hungarian nie pomaga. Ich verstehe nicht też nie. Obmyśliłam szybkie wyjście z sytuacji i rzucam tylko lengyel, pokazując na siebie. Rozumieją, żem Polka. I co? I opowiadają historię przez 3 kolejne przystanki, mówiąc głośno i wyraźnie po węgiersku. Choć raz zdarzyła się babcia-poliglotka i odpowiedziała "magyar-lengyel" i pokazała gest uścisku dłoni, po czym dodała jeszcze " I was kid Zakopane ski szuuuu" :) Jakoś ją polubiłam. Może dlatego, że jechała tylko jeden przystanek?
Kolejne fascynujące zwyczaje można zauważyć w marketach. Jeden bardzo mi się podoba, mianowicie niewpychanie klientowi, co ma chleb, masło i mleko 3 plastikowych toreb, coby sobie zakupy zapakował. Generalnie za każdą taką "foliówkę" trzeba zapłacić. Popularne są raczej trwalsze torby z płótna, papieru, włókna kukurydzianego, ostatecznie z grubego plastiku. Wielokrotnego użytku. No i spoko, tylko dlaczego sportem narodowym Węgrów zdaje się być stanie w kilometrowych kolejkach? Nie ma takiego sklepu, w którym czynna jest choćby co druga kasa, a im większy market, tym mniej kasjerek/kasjerów w pracy - czyżby im też wszyscy wyemigrowali? Nawet w ogromnej, dwupiętrowej księgarni, w której nabyłam dzisiaj "Hungarian for foreigners" czynna była jedna kasa i w kolejce spędziłam ze 20 minut...

16 września 2007

metamorfozy

przed:


i po:

chyba się zadomowiłam...

węgierski piecyk gazowy

globalizacja i co z tego dla ludzi wynika



Kubu(sia) już Wam pokazałam, ale to nie wszystko - mają tu słodycze Wedla pod pseudonimem, którego nie pamiętam, a tymbarki chowają się pod etykietką 'topjoy', tylko co z tego, skoro szata graficzna opakowań niezmieniona. Stiopa, nie ciesz się przedwcześnie - zamiast jabłka z miętą mają samo jabłko ;)
anyway, w piątek po drodze na wydział prawa (orientation day), weszłam do sklepu po wodę, ale skusił mnie porzeczkowy tymbark (ja się będę upierać przy tej nazwie, 'topjoy' brzmi idiotycznie), patrzę pod kapsel, a tam: "MEGTALÁLOD ŐT!" - cokolwiek to znaczy...

P.S. Podziękujmy teraz lokalnemu władcy komputerów za przywrócenie mi łączności ze światem: köszönöm szépen

Entry Camp

Sobota 15.09.

Pobudka o 7.00 to nie jest mój ulubiony pomysł na sobotę, ale jakoś mi się udało. Dotarłam na czas na Moszkva ter w Budzie, czyli miejsce zbiórki erasmusów chcących poznać jakiś innych świrów, którzy przyjechali studiować w Budapeszcie...

Całe szczęście kamping niedaleko za miastem i dociera tam podmiejski autobus. Kamping w poprzedniej epoce pełnił rolę miejsca obozowania węgierskich pionierów, dobrze, że nie kazali nam nosić czerwonych chust. Dotarliśmy do hotelu (typowa socrealistyczna paskuda, jakich w tej części Europy nie brakuje) i zaczęliśmy się integrować. Na początek gry z imionami i inne takie, które sprawiły, że czułam się jak na obozie z dzieciakami, tylko, że tym razem ja nie musiałam się specjalnie produkować. Było całkiem miło. Po lunchu (też typowa socrealistyczna paskuda, rozgotowany makaron i stołówka jak w podstawówce) podzieleni na grupy mieliśmy przygotować sztuki parateatralne o niektórych narodach EU. Mojej grupie trafiła się Francja. Trochę polewaliśmy z ich megalomanii i ignorancji, ale wszystko poprawne politycznie, zresztą jak i twórczość innych grup. Troszkę przez to mdłe, no ale co zrobić? ;)

Przerwa na kawę, a później się zaczęło. Drinking games... hmm sztafeta w piciu czystej wódki wprost z butelki, masakra... (oczywiście wygrała drużyna, w której było dwóch Polaków, Rosjan ani Ukraińców nie było, a jedyny Fin sam miał małe szanse...). Później przewlekanie sznurka, zabawa z kubkami po piwie i powiało perwerą – zlizywanie bitej śmietany z ciała, w parach mieszanych. Liczył się wyraz artystyczny oraz miejsce nałożenia śmietany. Grrr. Tak czy siak, moja grupa zajęła 2. miejsce = szampan* ;)

Na kolacji pół wycieczki już było pijane, a wieczorem jeszcze impreza... Jakoś przeżyliśmy. Ale rano niektórzy mieli problemy ;)

Zdjęcia niebawem powinny być w internecie, jak się dowiem, co i jak, podam linka.

Póki co jedna fota ze sceny finałowej - francuski kankan:



* raczej wino musujące i raczej z dolnej półki (2wrocław zawsze kupuje lepsze trunki!)

Orientation Day

Piątek, 14.09.2007

hmm, nie wiem, w czym to miało nam pomóc się zorientować, ale ok, chcieli dobrze (a wyszło jak zawsze). Jedyny plus całego zajścia to to, że mam legitymację studencką bez stania godzinami w biurze kwestury.

Poza tym poznałam Oliwię, która do niedawna mieszkała dwoje drzwi dalej, ale już się wyniosła z tego wspaniałego miejsca... Pojechałyśmy sobie na Wyspę Małgorzaty (Margit Sziget), posłuchałyśmy muzyki, popatrzyłyśmy, jak fontanna się giba w jej takt i wróciłyśmy. Tylko jedno „ale”, jadąc na wyspę, wsiadłyśmy w dobry tramwaj, tylko jadący w drugą stronę niż powinnyśmy, taki psikus...

Wieczorem impreza, pierwsze Erasmus Party. Szczerze mówiąc, wolę te wrocławskie welcome parties ;) Na koncercie (muzyka całkiem spoko) jednak trudno pogadać i się pointegrować...

irodalmi szakszeminarium*

Czwartek, 13.09.2007

No to wychodzi na to, że przemęczać się tu nie będę, jeszcze pracę magisterską z nudów napiszę ;) zapisałam się dzisiaj na zajęcia, wybrałam sobie następujące: A lengyel irodalom története 3. , A XX. Századi lengyel irodalom 1. rész oraz Idoralmi szakszeminárium :D Do tego 2x/tyg węgierski...

[no dobra, napiszę po polsku. to pierwsze to polsko-węgierskie wpływy literackie – nie mam zajęć, mam tylko coś poczytać i pokrytykować węgierską poezję współczesną ;), te drugie to historia literatury polskiej XX wieku, trzecie to seminarium poświęcone współczesnej literaturze i kulturze Polski... – te zajęcia mam co 2 tygodnie, albo i rzadziej, zależy jak się zbierze grupa, która łącznie ze mną liczy całe 3 osoby...]



*seminarium z literatury

13 września 2007

całkiem szara?

co można robić w wolnych chwilach, kiedy nie ma jeszcze zajęć, ba!, nie ma nawet planu? Można się testować. Na przykład tak.

A to mój wynik.

I co, że niby jestem tak idealnie, doskonale średnia, że wtapiam się w każde tło? Hmm, no w sumie wczoraj mnie jakaś Węgierka pytała o drogę, po węgiersku - czyli miała mnie za tubylca...

12 września 2007

Quaesruta Office vol.3

Trzeba sobie zrobić legitymację studencką - zgodnie z wskazówkami koordynatora poszłam już w poniedziałek do kwestury. Z całym ekwipunkiem - wypełniony formularz, paszport, 2 zdjęcia, kasa. Trochę oczywiście pobłądziłam, bo mapka, którą wręczył mi pan koordynator to była chyba kopia kopii kopii i nic nie było widać. No, ale w końcu się udało. Wchodzę, a tam jakieś numerki się wyświetlają w rogu na małym ekranie, a tłumy studentów trzymają w rękach jakieś numerki, co wyglądają jak paragon z kasy w markecie. Spytałam co i jak, no i się okazało, że muszę sobie podejść do machiny, nacisnąć guzik i odebrać numerek. Ale guzików jest kilka, napisy przy nich tylko po madziarsku (typowe) i co ja mam z tym fantem zrobić? No to napadłam jakieś "świeżynki" z pierwszego roku (wiedzieli mniej więcej tyle, co ja, ale przynajmniej znają węgierski) wytłumaczyli, że to ten drugi od góry. Naciskam, a tam zamiast numerka jakieś napisy. Świeżynki mówią, że tam napisali, że dzisiaj ful i już nic nie załatwię... No dobra.

We wtorek i środę dostałam taką samą karteczkę...

11 września 2007

feel like home?

Kubu(ś) - i wszystko jasne :D

10 września 2007

miała być zagadka...


ale już sama podałam rozwiązanie ;P
No dobra, to które to polonistyka?



Lengyel filologiai tanszek

...czyli instytut (zakład, katerda?) filologii polskiej ;) W przyszłym tygodniu zaczynam tam zajęcia, jak tylko się zorientuje, jakie mam do wyboru, wypełnię papierki (Learning Agreement) i wyślę kopię do Wrocławia. A 17.09. o godz. 17.00 zaczynam kurs węgierskiego...

Po południu jadę oglądać mieszkania i chyba się zdecyduję, jeśli któreś będzie ok, gdyż ponieważ okazało się, że nie mogę się przenieść do Kamili, a to dlatego, że: do mojego pokoju mają kogoś dokwaterować, jakąś erasmuskę, do Kamili Węgierkę - i jeśli ta Węgierka nie będzie mówiła w jakimś języku pozwalającym jej komunikować się z cudzoziemką (bo mniej prawdopodobne, że erasmuska będzie mówić po węgiersku), to z przeprowadzki nici... Ale jeśli będzie np. anglojęzyczna, to możemy się zamienić... ech...
No cóż, sprawdzę te pokoje do wynajęcia, może będzie meta w Budapeszcie ;)


psssyt, psssyt - ploteczka: podobno będzie ze mną mieszkać E-stonka (o ile ja tu zostanę...)

9 września 2007

znajdź różnice

A teraz dla odmiany wrzucę zdjęcia normalnego pokoju w tym akademiku - znajdź 10 różnic:






rozweselacze

Całe szczęście jest Studnia i w ciężkich chwilach rozwesela... Kilka mixów by JacPo do posłuchania:


Ptaki mają głos Jac Po mix -- studnia org pl
Chór młodych szpaków


Fryzurka Jac Po mix -- studnia org pl
Fryzurka

Tolek Bomba Jac Po mix -- studnia org pl
Demolujcie, niszczcie

wklejane 3

Dzień 3. (9.09.2007 godz. 18.10 czekając, aż woda zacznie wrzeć)

Normalizacja

Przed 10 obudził mnie telefon – mama, że zapomniałam z samochodu parasolki, a oni właśnie wyjeżdżają i czy mi ją podrzucić, hmm, no idzie jesień, więc ten sprzęt może się przydać... Oddali i pojechali. A ja doleżałam do południa, wcisnęłam w siebie śniadanie i poszłam do Kamili, dowiedzieć się co i jak z komunikacją miejską. Kamila pożyczyła mi swój bilet miesięczny, wytłumaczyła, gdzie kupić swój własny i dotrzeć na uniwerek. Akcja zakończona sukcesem :) Koło uni poszłam sobie na kawę i poszłam się ukulturalniać. Bo z nudów to człowiek i do muzeum zajrzy czasem – szczególnie, że stała wystawa w narodowym kosztuje 0ft!!! Muzeum warte pooglądania, szczególnie najnowsza historia Węgier. Później poszłam się jeszcze powozić po deptaku, z powrotem na autobus, no i piszę, czekając na obiad (pewnie przepyszne puree ziemniaczane z torebki, mniam).




Rozkład jazdy autobusu z akademika na uniwerek ;)


















mój dzisiejszy obiad ;)


















mój dzisiejszy program kulturalny - Muzeum Narodowe w Budapeszcie ;)