28 grudnia 2007
święta, święta i po świętach...
Faktycznie, dawno mi się nic tu nie chciało skrobać. A trochę się w sumie działo... Dotarłam w końcu na egzamin z historii literatury polskiej (egzaminator był chyba bardziej zdezorientowany niż ja: "i co, Agata, mam Cię pytać?", skończyło się na luźnych gadkach o Schulzu i Kafce - i ostatniej piątce w Transcript of Records). Tak, to było 17.12. A co później? Hmm, głównie wielkie zamieszanie z powodu zaginionej w tajemniczych okolicznościach karty kredytowej Vani. Ech, jakoś wszystko rozwiązałyśmy, chociażby tymczasowo, ale póki co, działa. Nie działa(ł) za to junkers, popsuł się w przeddzień mojego wyjazdu - długo nie marzłam. Za to mam nadzieję, że już jest naprawiony. No a później to przyleciałam do Polski ;) Doświadczenia mam takie - węgierskie lotniska są jak czeskie filmy - nie wiadomo, o co chodzi. Ale policjanci z lotniska mówią w językach obcych (a przynajmniej jedna policjantka), szkoda tylko, że jest to język niemiecki... Co z tego, że zrozumiałabym odpowiedź, skoro nie umiem zadać pytania po niemiecku?! A pytanie dotyczyło hali odlotów. Bowiem Węgrzy oznaczyli drogę na terminal A i B, ale już wskazać pasażerom, dokąd mają iść oddać bagaż i odebrać kartę pokładową, uznali za zbędne... Jakoś w końcu znalazłam. Uff... Udało mi się trafić do odpowiedniej bramki, poczekałam jeszcze trochę i odkryłam, że jakiś pan zajął moje miejsce pod oknem. Ale jak zwykle dostałam miejsce przy skrzydle, więc uznałam, że nie warto się kłócić - i tak nic nie widać, a lot trwa aż godzinę. No i wylądowałam w końcu w Warszawie, a tam już czekała na mnie Justynka :) i zabrała na kawę do domku. A później jedynie 6h w ekspresie do Wro (bo pociąg się 30 min spóźnił). Bomba w torcie, jestem najwierniejszą fanką pkp - gorąco, okno nie działa i współpasażerki nadające 300 słów na minutę każda, przekraczając każdą normę, jeśli chodzi o decybele... Skończyło się dwoma ibupromami na przystanku dziewiątki pod dworcem (dobrze, że Stiopa dostarczył). No a później to święta - wiadomo: karp, choinka, prezenty... O, prezenty - Mikołaj mi chciał chyba powiedzieć, żebym się nie stresowała i nie przemęczała za bardzo, bo dostałam "zestaw relaksacyjny" - piżamka, kubek, książka i pachnący balsam do ciała ;) To co, kończę posta? :D Szczęśliwego Nowego Roku :*
14 grudnia 2007
no i już prawie po...
A w Budapeszcie póki co jakiś sezon urodzinowy. Wysyp po prostu - Kati, Andrzej, Marij, Indira... Do tego dzisiaj koncert Babilon Circus ;)
Zima przyszła, za oknem prószy śnieg... Oby się w czwartek nie rozpadał, bo ja chcę spokojnie wystartować do Warszawy!
9 grudnia 2007
marchewkowe pole
magyarul tanulok

6 grudnia 2007
pierwsza piątka w "indeksie"
-książka o Kraszewskim jest nudna;
-poezja węgierska fajna, ale mało awangardowa (jeśli w ogóle) porównując do powstającej w tym samym czasie w Polsce - ale weźmy pod uwagę, że to tylko wybór poezji i spójrzmy na datę wydania (1983, PiW, Warszawa);
-ciekawe, jak polityka wpływa na literaturę (bez żadnego rozwinięcia);
-Szabo wielkim poetą był;
-nie mówi się w polskich szkołach o literaturze węgierskiej poza "Chłopcami z Placu Broni" (omawianymi w wieku, w którym narodowość autora nie ma dla czytelnika żadnego znaczenia);
-mówi się natomiast o Wiośnie Ludów;
-erasmus to świetne doświadczenie;
-kolejny raz odpowiedź na pytanie "dlaczego na Węgry?" (odp.: z ciekawości i chęci poznania czegoś "egzotycznego" w tej części Europy, bo E. zachodnia wydaje się już mało interesująca...);
etc...
W sumie cała rozmowa trwała może 10 minut, z czego może 3-4 poświęciłam na mówienie o literaturze...
Odebrałam Elkę z lotniska, zrobiłyśmy obiad, wypiłyśmy wino, poszłam na węgierski, dostałam czekoladowego Mikołaja, jakiś inny Mikołaj podrzucił Elce kubeczek dla mnie - chyba byłam grzeczna w tym roku ;-) A sama w ramach stypendialno-mikołajkowego prezentu kupiłam sobie na allegro śliczne czeskie tenisówki - "jarmilki" w kolorze czerwonym :D
4 grudnia 2007
hmm
Marek już się chyba nudzi oczekiwaniem na pociąg (przynajmniej tak wygląda, bawi się pudełkiem po papierosach...). A jutro przyjeżdża Elka. Tadam!
29 listopada 2007
mam stypendium, mam stypendium, na na na na
Poza tym odkryłam kolejnego interesującego poetę. Trochę starszy niż moi ulubieni bruLioniści i roczniki siedemdziesiąte, ale też ciekawy. Ten pan to Lőrinc Szabó. A odkryłam "ucząc się" do "egzaminu", heh...
A poza tym, to wszystkie znów jesteśmy "bogate" i nasza lodówka przestała być terrarium. Ha! Wygląda jak normalna lodówka - tzn w środku znajduje się... ŻYWNOŚĆ.
22 listopada 2007
sesja idzie...
Semestr się powoli zaczyna kończyć i to tak chyba nastraja do robienia pewnych podsumowań. Trochę zabawne, a trochę dziwne to przyspieszenie, bo planuję wrócić do rzeczywistości w okolicach początku lutego. Z drugiej strony na erasmusie czas biegnie inaczej, szybciej. Jestem tu już prawie 3 miesiące i ten czas postrzegam jakoś tak dwutorowo, z jednej strony czuję, że to bardzo mało, z drugiej wydarzyło się tak wiele w tym krótkim czasie, że można by tymi zdarzeniami obdzielić ze 2 razy tyle miesięcy. Ten czas to dużo i mało jednocześnie. Krótko, ale intensywnie - może tak. Co jakiś czas słyszę pytanie, czy nie chciałabym zostać na kolejny semestr. Chyba nie. Może i nie zobaczyłam jeszcze wszystkiego, co Budapeszt może mi zaoferować, nie poznałam wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale myślę, że semestr to tak w sam raz, żeby doświadczyć, czym jest erasmus. To jest jakiś czas magiczny, jak karnawał. Nikt nie żyje w taki sam sposób, w jaki żył dotychczas. Ciekawe, jak będzie po powrocie. Dla mnie te kilka miesięcy to wystarczająco dużo czasu. Oczywiste, że zostali w Polsce ludzie, miejsca i nawet rzeczy, za którymi tęsknię i chociażby dlatego nie chcę zostawać tu przez kolejne miesiące. We Wrocławiu będę pewnie trochę tęsknić za ludźmi i miejscami "stąd" (o ile są miejsca skądś...). Za miejscami "oswojonymi", chociażby za Szimplą czy West Balkan ;-). Ach, zapomniałabym - in plus muszę policzyć swoją nową fascynację filmową. Zauroczył mnie Béla Tarr, a szczególnie jego "Harmonie Werckmeistera" (Werckmeister harmóniák). Może później coś skrobnę o samym filmie, zobaczymy...
* Wiersze 13 węgierskich poetów mam w przekładzie Bohdana Zadury (cytowany tutaj wiersz Jurija Andruchowycza też przełożył Zadura). Co ciekawe, Zadura nie zna węgierskiego :D Stosuje tzw. przekład filologiczny (coś a la zabawy językowe ze słownikiem, tak jakby tłumaczyć każde słowo za pomocą e-bratanków, a później układać je w nowy wiersz). Ciekawe, czy zna ukraiński?
19 listopada 2007
hardcore'owe dziadki ;-)
W ogóle zamiłowanie do jazdy na krawędzi nie wyszło mi tego dnia na dobre :D Miałam bliższy niż zwykle kontakt ze słynnymi kontrolerami w budapeszteńskim metrze. Tak to jest, jak się kusi los. Raz mi się udało i mimo nieważnej już od piątku legitymacji, nie dostałam żadnego świstka papieru, tylko przejechaliśmy naszą stację przez panie kontrolerki (które uparły się szukać w moim polskim dowodzie osobistym węgierskiego adresu...). Niestety później już się nie udało... Linia żłóta była ok, niebieska już mniej - 2500 HUF za to, że miałam ważny bilet studencki i nieważną legitymację (straciła ważność w piątek, mandat dostałam w niedzielę...). Ciekawe było to, że pan kontroler uparł się, że nr mojego dowodu to moja data urodzenia (ciekawym zbiegiem okoliczności faktycznie nr dowodu zaczyna się od 84, ale musiałabym się urodzić 50. dnia 71. miesiąca...). No cóż, przynajmniej załatwiłam sobie dzisiaj nową legitymację. I po raz kolejny na poczcie, gdzie za nią płaciłam, pan z okienka mówił do mnie po polsku "dzień dobry, cześć, dziękuję, do widzenia".
*Wracając do Basi i jej torebki. W czwartek wybraliśmy się do Galerii Narodowej w Zamku w Budzie. Kulturalnie wzięłam z kasy bilet za 0HUF na 7 osób, poszliśmy do szatni zostawić kurteczki i pchamy się na górę. Ale nie, okazało się, że mamy za duże torby/plecaki i trzeba je też zostawić w szatni. Pani szatniarka uznała to za nietakt i postanowiła o tym wszystkich poinformować, gderając coś pod nosem po węgiersku oczywiście. No ale nic to, poszliśmy zwiedzać. Po niedługim czasie dostaliśmy oczopląsu i stwierdziliśmy, że starczy nam już tej kultury. Ale pani z szatni zrobiła Basi psikusa. Oddała nam kurtki i torby, a Basi zabrała numerek, dała kurtkę i koniec. Zajęła się innym klientem. I nie rozumiała, że Basia prosi ją jeszcze o podanie swojej torebki. Całe szczęście inni klienci byli przynajmniej dwujęzyczni i pomagali nam, tłumacząc. Niestety, żeby impuls od ucha do mózgu tej pani mógł swobodnie przebiec po jej neuronach, nie wystarczyła znajomość języka, którym się owa szatniarka posługiwała. Uparła się, że Basia ma jej dać numerek (który już jej dała), bo ludzie mówią, że nie mają, a po minucie znajdują i na pewno teraz też tak jest. Po jakimś kwadransie pertraktacji postanowiła oddać Basi jakiś plecak, nie nasz w każdym razie. I na stwierdzenie, że nam chodzi o tę torbę obok, znów coś zaczęła marudzić. Oddała ją w końcu i pokazała gestem dłoni, że nie ma ochoty dłużej nas oglądać, więc może byśmy tak uprzejmie skierowali się w stronę wyjścia...
Torebka i jej brak to był jakiś leitmotiv tej wycieczki, dzień później Agata zostawiła swoją w kínai büfé, gdzie jedliśmy obiad. Całe szczęście zorientowała się jakąś minutę po wyjściu i nawet nic nie zdążyło z niej zniknąć.
A poza tym, nie ma to jak poznawanie nowych smaków. I nie chodzi mi o oryginalne lokalne dania w restauracjach. Nie. Chodzi mi o to, że Węgrzy kładą w sklepowych lodówkach mrożony szpinak obok mrożonego szczawiu, a kto by brał na zakupy słownik. No i kupiliśmy sobie taki trochę dziwny szpinak, ale dowiedzieliśmy się o tym w domu, podczas gotowania makaronu ze "szpinakiem", który okazał się szczawiem. Dobrze, że przynajmniej było to jadalne. No i nie takie całkiem złe, tyle, że kwaśne.
Over, chyba, że mi się coś przypomni...
17 listopada 2007
przerwa techniczna vol.2
14 listopada 2007
proces kawki
PS Żeby było zabawniej, w poniedziałek kupiłam 1 kg kawy w ziarnach, do naszej kochanej maszyny. Teraz sobie chyba pogryziemy nasiona kawy...
12 listopada 2007
gwałtu, rety! co się dzieje?!

Poza tym zdziwiłam dzisiaj pan od historii literatury - zgłosiłam się na egzamin na ochotnika :D No cóż, już raz dostałam 5 z dwudziestolecia międzywojennego, może uda się i tym razem.
A teraz coś z zupełnie innej beczki - leje jak z cebra. Już wolałam ten wczorajszy mokry śnieg. Wrr
9 listopada 2007
8 listopada 2007
zmiany?
Tak czy inaczej, wchodzę do gabinetu, a "mój" alergolog: How is your Hungarian?
6 listopada 2007
kącik poetycki 2
kolejny fragment Nothing but Budapest Andruchowycza:
(...)
Zamówili mi taksówkę
gdzieś między pierwszą i drugą w nocy, kierowca
miał z osiemdziesiąt lat
i nie mówił żadnym turystycznym językiem.*
Dobrze, że o takiej późnej porze
podróż z Pesztu do Budy
nie trwa zbyt długo, **
inaczej przyszłoby mi jak najszybciej
opanować węgierski,
żeby jakoś podtrzymać z nim rozmowę,
co z jednej strony nie jest łatwe
po dwóch butelkach wypitej naprędce
palinki. ***
Przed mostem Wolności (Szabadság hid),
on, oczywiście, zapomniawszy, że nie jestem tutejszy ****
(zważywszy na jego wiek,
to wcale nie dziwne i nawet naturalne),
zaczął mi coś z ożywieniem opowiadać.
Tak, jakbym w swoim codziennym życiu
mył spalinowe lokomotywy na dworcu Keleti
i był w stanie zrozumieć na czym polega dowcip.
(...)
* no tak, starzy Węgrzy na pewno uczyli się rosyjskiego w szkołach, ale są zawzięci jak Słowacy z językiem węgierskim
** normalnie trwa tyle, że ja bym wolała poczekać na nocny, i tak jeżdżą co jakiś kwadrans...
*** dwóch butelkach palinki... ciekawe, czy na głowę? biorąc pod uwagę, że to poezja dość autobiograficzna, zaryzykuję utożsamienie podmiotu lirycznego z autorem i, pamiętając o tym, że to Ukrainiec z Iwanofrankowska, wierzę, że mógł wypić dwie butelki palinki sam. Ja bym była nieżywa.
**** oni tak mają, Węgrzy po 60. nie przyjmują do wiadomości, że ktoś nie mówi po węgiersku...
5 listopada 2007
transylvanian vampirella

Ogólnie: Karpaty piękne, szkoda, że ludzie nie bardzo o nie dbają i śmiecą przeokrutnie. Te butelki to tylko malutki dysonans w tym pejzażu, niewielka próbka rumuńskich możliwości.
Poza tym wrażenia mam trochę jak po wizycie w Meksyku - kraj kontrastów: miasta niczym się nie różnią od miast w całej Europie i pewnie nie tylko Europie, ale wieś... Kompletnie inny świat. Ok, w Polsce też mamy walące się chałupy, malowane ultramaryną z wapnem stojące za płotem, który raczej leży niż stoi. Mamy pola kapusty. Zdarza się zobaczyć konia ciągnącego drewnianą furę po asfalcie. Ale raczej już się nie ogląda takich widoków: (albo ja po prostu na prawdziwej wsi nie byłam ;)
Generalnie było dość, hmm, egzotycznie :) np palinka do śniadania i to w kieliszkach do wina :D Nie tylko do śniadania zresztą, do obiadu też. Hotel w Korond ledwo chyba przetrzymał bandę erasmusów. Hotel zresztą też ciekawy. W środku niczego, tylko stacja benzynowa (i dziesiątki tankujących tam dacii), 24h bar i to by było na tyle. W wiosce, gdzie mieszkaliśmy, jest jeszcze sporo sklepików z pamiątkami - ceramika, haftowane obrusy, etc. - i to by było na tyle ;)Ludzie też są dość zabawni. I zabawne są rumuńskie leje - oni robią pieniądze z jakiejś folii :D nawet podrzeć się tego nie da. No i mają chyba jakieś braki monetarne - zamiast drobnych czasem wydają gumę do żucia albo saszetkę cukru...
Ok, nie chce mi się więcej pisać ;)
więcej zdjęć tutaj
29 października 2007
ferie jesienne
W ogóle dziewczyny stwierdziły po Polish Evening, że polskie jedzenie jest dziwne - wszystko robimy z kiszonej kapusty :D no cóż - był bigos, łazanki, pierogi z kapustą i grzybami... i z kiszonej kapusty to by było na tyle. Były też pierogi ruskie, gołąbki, sałatka jarzynowa i oczywiście trunki: żołądkowa gorzka, żubrówka i wściekłe psy z wyborowej. Mam wrażenie, że to to ostatnie cieszyło się największym wzięciem. Chociaż właściwie wszystko zostało zjedzone, nawet krówki i mieszanka krakowska... Za to Joana zachwycona przebojem Tarzan Boya, czyli przynajmniej polska muzyka jest do przyjęcia.

W ogóle Polish Evening zrobiliśmy w Domu Polskim. Nie przewidzieliśmy tylko, że Dom jest przy polskiej parafii w Budapeszcie i wysiadających z autobusu erasmusów przywita podświetlona Maryjka w grocie :D Niezłe miejsce na imprezę, co? Trochę pozasłanialiśmy aniołki plakatami i dało radę ;) Quiz też dał radę (Bartek nieco podkręcił wersję wrocławską, heh)... Wygrali sąsiedzi z Litwy.

A dzisiaj zabiję nudę! Jadę do Transylwanii, za jakieś 1,5h wychodzę na dworzec Nepliget. Heh, ostatnio coś dość często tam bywam... Za niedługo znów tam pojadę po Zoo i Saszkie, a wcześniej może jeszcze odprowadzić Vanię i Joanę, bo się dziewczyny za tydzień wypuszczają na weekend do Krakowa. A ja dzisiaj kupiłam rumuńskie leje i jadę sprawdzić, jak się ma Nosferatu w dzień Wszystkich Świętych. Jutro ok. 6.00 rano powinnam być już u Draculi.
Viszontlátásra!
27 października 2007
Boże, spluń! Bombo atomowa, przybądź!
24 października 2007
na jesienne smuteczki
zöld tea van a új piros bögreben ;)
gloomy sunday*
Poza tym dzisiaj zaczęło się dla mnie już 2 razy. Pierwszy raz w samym środku nocy, kiedy zadzwonił budzik i powiedział, że trzeba się zbierać na dworzec Népliget, wsadzić Stiopę do autobusu do Krakkó. Autobus o 6.15, ale jeszcze śniadanie, kawa (bo inaczej nie otworzyłabym oczu o 4.00), sklep 24h, metro, dworzec. Całe szczęście, żeby przejść ze stacji metra na dworzec nawet nie trzeba wychodzić na powierzchnię ziemi ;) Za to pani w informacji na dworcu nie mówi w cywilizowanych językach, dobrze, że zrozumiała "eurolines" i pokazała kierunek (jedyny z możliwych - trudno się było domyślić). Zdążyliśmy bez problemu, Stiopa się usadowił, autobus ruszył (teraz pewnie kołuje po dworcu w Krakowie), a ja do metra i przed 7.00 byłam w domu. A na dworze ciągle było ciemno... No to położyłam się spać i drugi raz przywitałam dzień w południe. Znów zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i spadam na te zakupy, bo bigos się sam nie zrobi ;)
Wczoraj wyczytałam na gazecie.pl, że w Budapeszcie były jakieś zamieszki, 19 osób rannych, w tym 14 policjantów, płonące barykady z samochodów itp... No cóż, wiem, że w operze przemawiał nie bardzo lubiany przez prawicowców premier Ferenc Gyurcsány i że operę obstawiały uzbrojone po zęby oddziały policji (Joana z Vanią poszły popatrzeć). Latały helikoptery, policjanci pilnowali opery - lekko znudzeni uśmiechali się do turystek ;), no i tyle. Dziewczyny też znudzone wróciły do domu. A tu w polskim internecie takie niusy. Mieszkamy naprawdę blisko tej opery, w samym centrum i jedyny ślad jakiegoś poruszenia to kilka chyba pijanych głosów w nocy za oknem (kto tam wie, kiedy Węgrzy są pijani, skoro i tak mówią tak dziwacznie nawet na trzeźwo) i we wtorek ludzie przechodzący ulicą z flagami Węgier, ale zwiniętymi, grzecznie wciśniętymi pod pachę. Nie oglądam tévé, nie czytam nawet nagłówków gazet, ale mam wrażenie, że media nieco deformują fakty...
* taka węgierska piosenka dla samobójców - można posłuchać tu
** po węgiersku köhögés
22 października 2007
traktat o gniciu
[Właśnie strąciłam z biurka szklankę i mam pełno szkła w kapciach, w związku z tym ledwo żywy Stiopa pobiegł po odkurzacz... A tak w ogóle to nie pierwsza moja zbita szklanka dzisiaj, ale o tym ciiiiiiiii...]
No, to w piątek Magda z Piotrkiem zaczęli zwiedzanie wcześniej niż my ze Stiopą, gdyż ponieważ my musieliśmy torować sobie drogę do kuchni i łazienki przez poimprezowe sterty kubków, butelek, potłuczonego szkła i tym podobnych... No, ale w końcu się udało i połączyliśmy siły na wzgórzu zamkowym. Wiało nieprzeciętnie, jak na dworcu w Kieleckiem. Jakoś jednak dotarliśmy do Muzeum Narodowego i nawet do hali targowej z papryką, tokajem, papryką i papryką. W sobotę pojechaliśmy do Szentendre i Wyszehradu. Wieczorem państwo N. pojechali do Wiednia, a my zaczęliśmy powoli gnić. W niedzielę udało mi się jeszcze zaciągnąć Stiopę do ambasady RP, żeby potrzymał mnie za rękę, jak będę skreślać nowe władze i do muzeum sztuki współczesnej na wystawę, którą powinnam już prawie miesiąc temu obejrzeć w ramach zajęć z filmu. Wystawa całkiem fajna, szczególnie część poświęcona rewolucji. A po wystawie okazało się, że sprzedałam bakcyla Stiopie i biegiem do domu, wziąć aspirynę i pod kołdrę... No i od temtej pory zmieniło się tyle, że PiS już nie rządzi w Polsce (podobno).
A a propos głosowania - podaję panu z komisji dowód osobisty, pan sobie czyta, że mieszkam w Waldenburgu i pyta: "Wałbrzych, Wałbrzych... to tam mieszka Olga Tokarczuk?". Ja mu na to, że o ile mi wiadomo, mieszka w Krajanowie, niedaleko Wałbrzycha, ale dużo ładniej. Ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam na czole napisu "interesuje się współczesną literaturą polską" albo "studentka krytyki literackiej" czy też "polonistka". Moje lustereczko mówi, że niczego takiego na twarzy nie mam, ale nie mówi też, że jestem najpiękniejsza na świecie, więc mu nie do końca wierzę... Swoją drogą zabawne, że pan zapytał o polską pisarkę, kiedy brałam od niego kartę, żeby skreślić inną polską pisarkę...
21 października 2007
ogłoszenie specjalne
A może jeszcze herbata malinowa? (też z "paczek")
20 października 2007
przerwa techniczna
15 października 2007
Koszyce i Tokaj
katedra w Koszycach
zamek w Krasnej Horce
degustacjaA tymczasem 11.10. ogłoszono, kto dostał literacką nagrodę Nobla... No to sobie czytam, jedząc własnoręcznie ugotowaną kartoflankę z zielonym ogórkiem i koperkiem, o pani Doris Lessing...
A na początku miesiąca nagrodę Fundacji im.Kościelskich zgarnął Mikołaj Łoziński za "Riesefieber". Może warto by poczytać? ;)
PS. Reszta zdjęć w galerii.
10 października 2007
pobite gary
W ogóle jakieś dziwy się tu dzieją - Vanii zginęło z dysku kilka GB muzyki... Ktoś schował wino do zamrażalnika i ciśnienie wywaliło korek, wszystko w środku jest zlepione zamarzniętym tokajem.
A mnie ciągle ktoś pyta o drogę. Wiecznie spotykam pod synagogą jakichś - tak myślę - amerykańskich Żydów. Co drugi wygląda trochę jak Woody Allen ;) No i oni się wiecznie upierają, żeby zapytać akurat mnie i akurat po węgiersku. A że mówią w tym języku mniej więcej na takim poziomie jak ja, to pół godziny coś sylabizują i jak już myślą, że osiągnęli szczyt lingwistycznego wyrafinowania i misja zakończy się sukcesem, słyszą w odpowiedzi "I don't speak Hungarian.". A zwykle i tak pytają o Dunaj (który nota bene lekko zakręca i spod synagogi można dojść do rzeki, idąc w dwóch różnych kierunkach...). No cóż, mieszkam w dawnym budapeszteńskim getcie. Ciekawa okolica: koszerne sklepy, napisy po hebrajsku... I tłumy turystów.
Aaa, no i sprawdziłam, gdzie jest Plac Broni z tytułu Molnara. I co? I po węgiersku to nawet nie jest plac. To ulica. Pál utca - ulica Pawła. A oryginalny tytuł powieści brzmi "A Pál utcai fiúk" - chłopcy z ulicy Pawła. Ulica podobno przylega do placu - może tłumaczka bardziej lubi place... A ta ulica jest całkiem niedaleko stąd, kiedyś się tam wybiorę :P Wczoraj zabłądziłam już na ulicę Molnara, celem dorwania miesięcznika "Dialog" nr 2 z roku 1982 w bibliotece, o której już donosiłam. A w "Dialogu" dramat Różewicza pt."Pułapka". Mocna rzecz. Ale ja nie o tym. Otóż, żeby zapisać się do obcojęzycznej biblioteki, trzeba przyjść z rodowitym Węgrem/Węgierką. Hmm... A za jednorazowe wejście zapłacić 500 HUF. Ech, co za los... A później jeszcze przeczytałam maila od prowadzącego seminarium, że zajęcia przenosimy na następny tydzień.
No, i dostałam dzisiaj niespodziewankę od Nadwornego Reportera. Ta-dam:

8 października 2007
dzisiaj
A teraz coś z zupełnie innej beczki: z serii "aga po drugiej stronie lustra" czeka mnie (i resztę rodaków) zorganizowanie 'polish party' - super, nie?
Aaa, poszłam dziś do Instytutu Polskiego, bo w końcu trzeba zacząć czytać lektury. I co? I biblioteka nieczynna w tym tygodniu... Jutro idę zobaczyć, co tam słychać w bibliotece Gorkiego (już od dawna się tak nie nazywa, kto by chciał mieć w swoim mieście bibliotekę dedykowaną ojcu-założycielowi socrealizmu? Ale jakoś tak łatwiej i krócej użyć tego nazwiska niż opisywać, co to za biblioteka*). I refleksja na koniec - ten Budapeszt coś się kurczy, jeśli przemierza się go na piechotę, gadając przy tym o wszystkim i niczym, a głównie o życiu erasmusów w wielkim mieście...
* Nic dziwnego, że Węgrzy chcą zapomnieć, kto i dlaczego tak tę instytucję nazwał... Powstała w 1956 roku jako biblioteka z literaturą radziecką. Później dołączyły zbiory w innych językach. A mieści się na ulicy Molnara, jednego z niewielu węgierskich twórców, o których w ogóle słyszałam i jedynego, którego dzieło znam. ;)
7 października 2007
śniadanie miś-trzów
5 października 2007
after party
no tak czy inaczej o 16 ostatecznie opuściłyśmy z Vanią nasze norki i zabrałyśmy się za sprzątanie i mimo nierównych sił odniosłyśmy druzgocące zwycięstwo nad syfem!! - prawie 1,5h później wszystko lśni (no dobra, po prostu się nie klei), a w domu roznosi się rozkoszny zapach chloru... Tylko umywalka w łazience odmawia wypuszczania wody do rury, widocznie mają się ku sobie. Vania zaliczyła dwie kontuzje w trakcie sprzątania, dobrze, że nie straciła palca (kto wymyślił teleskopowe rury w odkurzaczu, które znienacka się składają, przycinając palce?!)
4 października 2007
sorry, no photos
3 października 2007
30 września 2007
Szentendre i Visegrád

Nie, nie - to nie Holandia ;) to skansen w Szentendre. Wycieczka krajoznawcza prawie udana, oprócz dziur w spodniach i tony błota na butach mam sporo fajnych zdjęć, poznałam kilkoro interesujących ludzi, no i nieźle się nałaziłam ;) A na koniec, w drodze powrotnej z Visegradu, impreza na statku... A Dunaj wcale nie modry ;)
Swoją drogą Szentendre to ciekawe miasteczko - malutka mieścina z urokliwymi malutkimi domkami, pełno sklepów z tym, co każdy turysta powinien przywieźć z Madziaroszagu (ja nie jestem turystką, ja tu mieszkam ;) i co krok jakieś muzeum - salami, marcepanu, microscope art (piramidy w uchu igły do szycia itp.), jakichś nieznanych mi malarzy, dom pamięci o Holocauście, muzeum ortodoksyjnego kościoła serbskiego... A w ogóle to się reklamują (na koszulkach - do kupienia w centrum) jako miasto siedmiu kościołów - ciekawe, ilu wyznań? Poza tym w księgarni na wystawie wypatrzyłam "Duklę" Stasiuka po węgiersku :)
PS więcej zdjęć tu
28 września 2007
chora...
26 września 2007
mój pokój teraz
25 września 2007
dr. Nagy Zsolt
* nazwy ulic się powtarzają, bo chyba w każdej wiosce, która kiedyś weszła w administracyjne granice miasta była ulica o takiej nazwie, to nazwisko jakiegoś poety, widocznie Węgrzy lubią swoich poetów ;)
** taki tutejszy ZDiK czy tam inne MZK
24 września 2007
Agata vagyok
A teraz zagadka lingwistyczna ;) Może ktoś przetłumaczy? Stiopa, Ty masz dostęp do tajnych materiałów w sieci, możesz odpowiedzieć na końcu :P
Agata vagyok.
Lengyel vagyok.
Egytemista vagyok.
Huszonhárom éves vagyok.
21 września 2007
przeprowadzki
1075 Budapest
Wesselenyi utca 32 I/2
na domofonie 5
drugie piętro
18 września 2007
kącik poetycki
Nawet mógłbym myć spalinowe lokomotywy
na dworcu Keleti*-
żeby tylko być bliżej Budy** z jej zielonymi wzgórzami.
Żeby tylko nie mówić ani słowa,
siedzieć i słuchać,
jak wszyscy wokół mnie o czymś mówią po węgiersku.
Zgodnie z Peterem Zilahyem
w ciągu ostatnich kilku lat
Węgrzy stracili światowy prymat
w samobójstwach***
i teraz są tylko gdzieś w pierwszej
piątce.
To może oznaczać, że oni
odnajdują coraz większe porozumienie ze światem.
Czyli że coraz więcej ludzi rozumie ich język.****
To równie dobrze
może nie oznaczać nic
poza przedwczesnością tego wniosku.*****
wiersz jest długi, może resztę napiszę w kolejnych odcinkach
* jak macie zamiar przyjechać do mnie pociągiem, to najlepiej na ten właśnie dworzec, jest blisko centrum Pesztu, bo taki dworzec Deli np to na końcu Budy, daleko i trzeba się przesiadać...
**Buda rzeczywiście jest zielona i górzysta, a dworzec Keleti wcale nie jest blisko Budy, dlatego pewnie bohater wiersza, i zarazem jego podmiot liryczny chciałby trochę zarobić, myjąc lokomotywy, wtedy mógłby wsiąść na dworcu w metro i tam pojechać, ale mógłby też wsiąść w autobus nr 7, przejechać kilka przystanków do Blaha Lujza ter i tam wsiąść w tramwaj nr 4 lub 6, za Margit Hid jest już Buda, a tramwajem łatwiej bez biletu niż metrem;)
*** teraz przodują pewnie Japończycy, chyba że Finowie...
****tak, tak, ja kupiłam dzisiaj podręcznik do węgierskiego i słownik magyar-angol i vice versa
***** i co z tego, skoro położyłam to od razu na półce?
okiem obserwatora ;)
Kolejne fascynujące zwyczaje można zauważyć w marketach. Jeden bardzo mi się podoba, mianowicie niewpychanie klientowi, co ma chleb, masło i mleko 3 plastikowych toreb, coby sobie zakupy zapakował. Generalnie za każdą taką "foliówkę" trzeba zapłacić. Popularne są raczej trwalsze torby z płótna, papieru, włókna kukurydzianego, ostatecznie z grubego plastiku. Wielokrotnego użytku. No i spoko, tylko dlaczego sportem narodowym Węgrów zdaje się być stanie w kilometrowych kolejkach? Nie ma takiego sklepu, w którym czynna jest choćby co druga kasa, a im większy market, tym mniej kasjerek/kasjerów w pracy - czyżby im też wszyscy wyemigrowali? Nawet w ogromnej, dwupiętrowej księgarni, w której nabyłam dzisiaj "Hungarian for foreigners" czynna była jedna kasa i w kolejce spędziłam ze 20 minut...
16 września 2007
globalizacja i co z tego dla ludzi wynika

Kubu(sia) już Wam pokazałam, ale to nie wszystko - mają tu słodycze Wedla pod pseudonimem, którego nie pamiętam, a tymbarki chowają się pod etykietką 'topjoy', tylko co z tego, skoro szata graficzna opakowań niezmieniona. Stiopa, nie ciesz się przedwcześnie - zamiast jabłka z miętą mają samo jabłko ;)
anyway, w piątek po drodze na wydział prawa (orientation day), weszłam do sklepu po wodę, ale skusił mnie porzeczkowy tymbark (ja się będę upierać przy tej nazwie, 'topjoy' brzmi idiotycznie), patrzę pod kapsel, a tam: "
P.S. Podziękujmy teraz lokalnemu władcy komputerów za przywrócenie mi łączności ze światem: köszönöm szépen
Entry Camp
Sobota 15.09.
Pobudka o 7.00 to nie jest mój ulubiony pomysł na sobotę, ale jakoś mi się udało. Dotarłam na czas na Moszkva ter w Budzie, czyli miejsce zbiórki erasmusów chcących poznać jakiś innych świrów, którzy przyjechali studiować w Budapeszcie...
Całe szczęście kamping niedaleko za miastem i dociera tam podmiejski autobus. Kamping w poprzedniej epoce pełnił rolę miejsca obozowania węgierskich pionierów, dobrze, że nie kazali nam nosić czerwonych chust. Dotarliśmy do hotelu (typowa socrealistyczna paskuda, jakich w tej części Europy nie brakuje) i zaczęliśmy się integrować. Na początek gry z imionami i inne takie, które sprawiły, że czułam się jak na obozie z dzieciakami, tylko, że tym razem ja nie musiałam się specjalnie produkować. Było całkiem miło. Po lunchu (też typowa socrealistyczna paskuda, rozgotowany makaron i stołówka jak w podstawówce) podzieleni na grupy mieliśmy przygotować sztuki parateatralne o niektórych narodach EU. Mojej grupie trafiła się Francja. Trochę polewaliśmy z ich megalomanii i ignorancji, ale wszystko poprawne politycznie, zresztą jak i twórczość innych grup. Troszkę przez to mdłe, no ale co zrobić? ;)
Przerwa na kawę, a później się zaczęło. Drinking games... hmm sztafeta w piciu czystej wódki wprost z butelki, masakra... (oczywiście wygrała drużyna, w której było dwóch Polaków, Rosjan ani Ukraińców nie było, a jedyny Fin sam miał małe szanse...). Później przewlekanie sznurka, zabawa z kubkami po piwie i powiało perwerą – zlizywanie bitej śmietany z ciała, w parach mieszanych. Liczył się wyraz artystyczny oraz miejsce nałożenia śmietany. Grrr. Tak czy siak, moja grupa zajęła 2. miejsce = szampan* ;)
Na kolacji pół wycieczki już było pijane, a wieczorem jeszcze impreza... Jakoś przeżyliśmy. Ale rano niektórzy mieli problemy ;)
Zdjęcia niebawem powinny być w internecie, jak się dowiem, co i jak, podam linka.
Póki co jedna fota ze sceny finałowej - francuski kankan:
* raczej wino musujące i raczej z dolnej półki (2wrocław zawsze kupuje lepsze trunki!)
Orientation Day
hmm, nie wiem, w czym to miało nam pomóc się zorientować, ale ok, chcieli dobrze (a wyszło jak zawsze). Jedyny plus całego zajścia to to, że mam legitymację studencką bez stania godzinami w biurze kwestury.

Poza tym poznałam Oliwię, która do niedawna mieszkała dwoje drzwi dalej, ale już się wyniosła z tego wspaniałego miejsca... Pojechałyśmy sobie na Wyspę Małgorzaty (Margit Sziget), posłuchałyśmy muzyki, popatrzyłyśmy, jak fontanna się giba w jej takt i wróciłyśmy. Tylko jedno „ale”, jadąc na wyspę, wsiadłyśmy w dobry tramwaj, tylko jadący w drugą stronę niż powinnyśmy, taki psikus...
Wieczorem impreza, pierwsze Erasmus Party. Szczerze mówiąc, wolę te wrocławskie welcome parties ;) Na koncercie (muzyka całkiem spoko) jednak trudno pogadać i się pointegrować...
irodalmi szakszeminarium*
Czwartek, 13.09.2007
No to wychodzi na to, że przemęczać się tu nie będę, jeszcze pracę magisterską z nudów napiszę ;) zapisałam się dzisiaj na zajęcia, wybrałam sobie następujące: A lengyel irodalom története 3. , A XX. Századi lengyel irodalom 1. rész oraz Idoralmi szakszeminárium :D Do tego 2x/tyg węgierski...
[no dobra, napiszę po polsku. to pierwsze to polsko-węgierskie wpływy literackie – nie mam zajęć, mam tylko coś poczytać i pokrytykować węgierską poezję współczesną ;), te drugie to historia literatury polskiej XX wieku, trzecie to seminarium poświęcone współczesnej literaturze i kulturze Polski... – te zajęcia mam co 2 tygodnie, albo i rzadziej, zależy jak się zbierze grupa, która łącznie ze mną liczy całe 3 osoby...]
*seminarium z literatury
13 września 2007
całkiem szara?
A to mój wynik.
I co, że niby jestem tak idealnie, doskonale średnia, że wtapiam się w każde tło? Hmm, no w sumie wczoraj mnie jakaś Węgierka pytała o drogę, po węgiersku - czyli miała mnie za tubylca...
12 września 2007
Quaesruta Office vol.3
We wtorek i środę dostałam taką samą karteczkę...
11 września 2007
10 września 2007
Lengyel filologiai tanszek
Po południu jadę oglądać mieszkania i chyba się zdecyduję, jeśli któreś będzie ok, gdyż ponieważ okazało się, że nie mogę się przenieść do Kamili, a to dlatego, że: do mojego pokoju mają kogoś dokwaterować, jakąś erasmuskę, do Kamili Węgierkę - i jeśli ta Węgierka nie będzie mówiła w jakimś języku pozwalającym jej komunikować się z cudzoziemką (bo mniej prawdopodobne, że erasmuska będzie mówić po węgiersku), to z przeprowadzki nici... Ale jeśli będzie np. anglojęzyczna, to możemy się zamienić... ech...
No cóż, sprawdzę te pokoje do wynajęcia, może będzie meta w Budapeszcie ;)
psssyt, psssyt - ploteczka: podobno będzie ze mną mieszkać E-stonka (o ile ja tu zostanę...)
9 września 2007
rozweselacze
wklejane 3
Dzień 3. (9.09.2007 godz. 18.10 czekając, aż woda zacznie wrzeć)
Normalizacja
Przed 10 obudził mnie telefon – mama, że zapomniałam z samochodu parasolki, a oni właśnie wyjeżdżają i czy mi ją podrzucić, hmm, no idzie jesień, więc ten sprzęt może się przydać... Oddali i pojechali. A ja doleżałam do południa, wcisnęłam w siebie śniadanie i poszłam do Kamili, dowiedzieć się co i jak z komunikacją miejską. Kamila pożyczyła mi swój bilet miesięczny, wytłumaczyła, gdzie kupić swój własny i dotrzeć na uniwerek. Akcja zakończona sukcesem :) Koło uni poszłam sobie na kawę i poszłam się ukulturalniać. Bo z nudów to człowiek i do muzeum zajrzy czasem – szczególnie, że stała wystawa w narodowym kosztuje 0ft!!! Muzeum warte pooglądania, szczególnie najnowsza historia Węgier. Później poszłam się jeszcze powozić po deptaku, z powrotem na autobus, no i piszę, czekając na obiad (pewnie przepyszne puree ziemniaczane z torebki, mniam).
Rozkład jazdy autobusu z akademika na uniwerek ;)
mój dzisiejszy obiad ;)

mój dzisiejszy program kulturalny - Muzeum Narodowe w Budapeszcie ;)

























