29 listopada 2007

mam stypendium, mam stypendium, na na na na

W związku ze skargami rzeszy wiernych czytelników postanowiłam w końcu coś napisać. ;-) Znów mam gościa, ale ten to siedzi cichutko w kąciku i sobie grzecznie czyta ( w związku z czym nie muszę ogłaszać przerwy technicznej vol.3). A do tego przywiózł mi 6 wielkich pierogów ruskich i żołądkową gorzką - jestem w pełni usatysfakcjonowana :D (Marek zresztą też, a to za sprawą biblioteki Central European University). A tak poza tym to spotkała mnie dzisiaj miła niespodzianka, a może nawet i dwie. Pierwszą odkryłam sprawdzając rano stan swojego konta - zalogowałam się na stronie banku i oczom nie wierzę - Uniwersytet Wrocławski stwierdził, że jestem dla nich tak cenną studentką, że postanowili mi trochę płacić za to, że tak mnie męczą już piąty rok! ;-) Innymi słowy, dostałam stypendium naukowe. (No dobra, po cichu na to liczyłam, ale spes saepe fallit - czego dowiedziałam się na pierwszej w życiu lekcji łaciny.)
Poza tym odkryłam kolejnego interesującego poetę. Trochę starszy niż moi ulubieni bruLioniści i roczniki siedemdziesiąte, ale też ciekawy. Ten pan to Lőrinc Szabó. A odkryłam "ucząc się" do "egzaminu", heh...
A poza tym, to wszystkie znów jesteśmy "bogate" i nasza lodówka przestała być terrarium. Ha! Wygląda jak normalna lodówka - tzn w środku znajduje się... ŻYWNOŚĆ.

4 komentarze:

Fotoblog bez ani jednego zdjęcia pisze...

Co ta za gość który nie upija się codziennie i nie drze ryja do 4 rano
przy akompaniamencie bitej porcelany?
Jezu i jeszcze chodzi do biblioteki. Pewnie ma romans z węgierską bibliotekarką. Staropolska tradycja odwiedzin schodzi na psy jednym slowem.

Anonimowy pisze...

hmmm, no nie wiem, chyba pochwaliłam dzień przed zachodem słońca. W piątek, a właściwie to już sobota była, pan M.P. nie chciał do domu wracać (a była to już wczesna godzina poranna raczej niż wieczorna...). Poza tym talerz też mu się udało zbić. Czyli tradycja w narodzie nie ginie. Bo tradycja to coś ekstra. Ekstradycja!

Anonimowy pisze...

Słabo, słabo... talerz tylko? Mi to się udało zbić gorączkę! Poza tym wyjadłem z domowej apteczki prawie wszystkie leki. Nie mówiąc już o tym, że mój pobyt w Budapeszcie wywołał zamieszki w tym mieście... Oj, działo się, działo!

Anonimowy pisze...

lekoman!