24 października 2007

gloomy sunday*

Skończył się wreszcie ten tydzień z trzema niedzielami... hurra. Można przestać się nudzić. Z tym, że pogoda nie sprzyja niczemu innemu. W ramach walki z marazmem i jesienną deprechą Vania postanowiła wczoraj pozwiedzać miasto - efekt: przemoknięte buty. Ja ruszyłam się tylko do dyżurnej apteki po coś na bakcyla dla Stiopy i coś na kaszel dla mnie, zanim wypluję swoje płuca - misja zakończona sukcesem (a i tak musiałam przejść samą siebie i powiedzieć, że chodzi mi o kaszel we wszystkich chyba znanych mi językach, mimo że pani zrozumiała już pierwszą, anglojęzyczną, wersję)**. Joana już nawet nie próbowała walczyć z nudą... Dzisiaj dziewczyny sprzątają i piorą, a ja wyruszam w miasto w poszukiwaniu: kapusty świeżej, kapusty kiszonej, padliny i suszonych śliwek, co mam zamiar zamienić w polish national dish, ergo: bigos. Jutro Polish Party...
Poza tym dzisiaj zaczęło się dla mnie już 2 razy. Pierwszy raz w samym środku nocy, kiedy zadzwonił budzik i powiedział, że trzeba się zbierać na dworzec Népliget, wsadzić Stiopę do autobusu do Krakkó. Autobus o 6.15, ale jeszcze śniadanie, kawa (bo inaczej nie otworzyłabym oczu o 4.00), sklep 24h, metro, dworzec. Całe szczęście, żeby przejść ze stacji metra na dworzec nawet nie trzeba wychodzić na powierzchnię ziemi ;) Za to pani w informacji na dworcu nie mówi w cywilizowanych językach, dobrze, że zrozumiała "eurolines" i pokazała kierunek (jedyny z możliwych - trudno się było domyślić). Zdążyliśmy bez problemu, Stiopa się usadowił, autobus ruszył (teraz pewnie kołuje po dworcu w Krakowie), a ja do metra i przed 7.00 byłam w domu. A na dworze ciągle było ciemno... No to położyłam się spać i drugi raz przywitałam dzień w południe. Znów zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i spadam na te zakupy, bo bigos się sam nie zrobi ;)

Wczoraj wyczytałam na gazecie.pl, że w Budapeszcie były jakieś zamieszki, 19 osób rannych, w tym 14 policjantów, płonące barykady z samochodów itp... No cóż, wiem, że w operze przemawiał nie bardzo lubiany przez prawicowców premier Ferenc Gyurcsány i że operę obstawiały uzbrojone po zęby oddziały policji (Joana z Vanią poszły popatrzeć). Latały helikoptery, policjanci pilnowali opery - lekko znudzeni uśmiechali się do turystek ;), no i tyle. Dziewczyny też znudzone wróciły do domu. A tu w polskim internecie takie niusy. Mieszkamy naprawdę blisko tej opery, w samym centrum i jedyny ślad jakiegoś poruszenia to kilka chyba pijanych głosów w nocy za oknem (kto tam wie, kiedy Węgrzy są pijani, skoro i tak mówią tak dziwacznie nawet na trzeźwo) i we wtorek ludzie przechodzący ulicą z flagami Węgier, ale zwiniętymi, grzecznie wciśniętymi pod pachę. Nie oglądam tévé, nie czytam nawet nagłówków gazet, ale mam wrażenie, że media nieco deformują fakty...


* taka węgierska piosenka dla samobójców - można posłuchać tu
** po węgiersku köhögés

Brak komentarzy: