28 grudnia 2007

święta, święta i po świętach...

Kolejny raz dotarły do mnie skargi rzeszy wiernych czytelników, że się niby na blogu opuszczam. No to piszę, będziecie mieli za swoje! :P
Faktycznie, dawno mi się nic tu nie chciało skrobać. A trochę się w sumie działo... Dotarłam w końcu na egzamin z historii literatury polskiej (egzaminator był chyba bardziej zdezorientowany niż ja: "i co, Agata, mam Cię pytać?", skończyło się na luźnych gadkach o Schulzu i Kafce - i ostatniej piątce w Transcript of Records). Tak, to było 17.12. A co później? Hmm, głównie wielkie zamieszanie z powodu zaginionej w tajemniczych okolicznościach karty kredytowej Vani. Ech, jakoś wszystko rozwiązałyśmy, chociażby tymczasowo, ale póki co, działa. Nie działa(ł) za to junkers, popsuł się w przeddzień mojego wyjazdu - długo nie marzłam. Za to mam nadzieję, że już jest naprawiony. No a później to przyleciałam do Polski ;) Doświadczenia mam takie - węgierskie lotniska są jak czeskie filmy - nie wiadomo, o co chodzi. Ale policjanci z lotniska mówią w językach obcych (a przynajmniej jedna policjantka), szkoda tylko, że jest to język niemiecki... Co z tego, że zrozumiałabym odpowiedź, skoro nie umiem zadać pytania po niemiecku?! A pytanie dotyczyło hali odlotów. Bowiem Węgrzy oznaczyli drogę na terminal A i B, ale już wskazać pasażerom, dokąd mają iść oddać bagaż i odebrać kartę pokładową, uznali za zbędne... Jakoś w końcu znalazłam. Uff... Udało mi się trafić do odpowiedniej bramki, poczekałam jeszcze trochę i odkryłam, że jakiś pan zajął moje miejsce pod oknem. Ale jak zwykle dostałam miejsce przy skrzydle, więc uznałam, że nie warto się kłócić - i tak nic nie widać, a lot trwa aż godzinę. No i wylądowałam w końcu w Warszawie, a tam już czekała na mnie Justynka :) i zabrała na kawę do domku. A później jedynie 6h w ekspresie do Wro (bo pociąg się 30 min spóźnił). Bomba w torcie, jestem najwierniejszą fanką pkp - gorąco, okno nie działa i współpasażerki nadające 300 słów na minutę każda, przekraczając każdą normę, jeśli chodzi o decybele... Skończyło się dwoma ibupromami na przystanku dziewiątki pod dworcem (dobrze, że Stiopa dostarczył). No a później to święta - wiadomo: karp, choinka, prezenty... O, prezenty - Mikołaj mi chciał chyba powiedzieć, żebym się nie stresowała i nie przemęczała za bardzo, bo dostałam "zestaw relaksacyjny" - piżamka, kubek, książka i pachnący balsam do ciała ;) To co, kończę posta? :D Szczęśliwego Nowego Roku :*

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

HapiNjuJa!:)