hmm, nie wiem, w czym to miało nam pomóc się zorientować, ale ok, chcieli dobrze (a wyszło jak zawsze). Jedyny plus całego zajścia to to, że mam legitymację studencką bez stania godzinami w biurze kwestury.

Poza tym poznałam Oliwię, która do niedawna mieszkała dwoje drzwi dalej, ale już się wyniosła z tego wspaniałego miejsca... Pojechałyśmy sobie na Wyspę Małgorzaty (Margit Sziget), posłuchałyśmy muzyki, popatrzyłyśmy, jak fontanna się giba w jej takt i wróciłyśmy. Tylko jedno „ale”, jadąc na wyspę, wsiadłyśmy w dobry tramwaj, tylko jadący w drugą stronę niż powinnyśmy, taki psikus...
Wieczorem impreza, pierwsze Erasmus Party. Szczerze mówiąc, wolę te wrocławskie welcome parties ;) Na koncercie (muzyka całkiem spoko) jednak trudno pogadać i się pointegrować...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz