Dopadł nas jesienny bakcyl. To znaczy najpierw dopadł mnie, a następnie sprzedałam go Stiopie... Z tym, że - jak wiadomo - kobiety są silniejsze i mi przeszło po 2 polopirynach C i saunie pod kołdrą przez 1 noc, Stiopa poci się już ponad dobę, wyczerpał zapasy aspiryny, kończy się polopiryna, został tylko scorbolamid i cerutin. A tu święto narodowe, we wtorek rocznica wybuchu powstania przeciw ZSRR w 1956 (23.10.), no i poniedziałek też wolny, normalnie długi weekend sobie zrobili - a apteki pozamykane... Mimo to chyba udało się opanować dramatyczną sytuację przy pomocy dostępnych środków farmakologicznych oraz herbaty malinowej z sokiem malinowym lub z czarnego bzu. No ale z gorączką czy bez i tak gnijemy w domu. Mnie to już zaczyna męczyć. Ileż można?! Ja już tylko kaszlę jak rasowy gruźlik, pewnie jeszcze z miesiąc tak będę, ale myślę, że jestem już w stanie wyleźć spod kołdry, ba!, nawet wyjść z domu. Co zresztą od czwartku uskuteczniałam. Plan zwiedzania Budapesztu z Piotrkiem, Magdą i Stiopą był dość napięty ;) a po drodze jeszcze dzika erasmusowa impreza w domu (dlatego 2/3 gości tę noc spędziło w hotelu). No to tak, zaczęliśmy w czwartek od Parlamentu i węgierskiego obiadu. Okazuje się, że wcale nie tak łatwo znaleźć lokalną kuchnię w centrum stolicy, a jak już się udało, to się okazało, że mało światowa z nas klientela ;) no cóż, nie zauważyliśmy sztućców do przystawki, nie wspominając już o wątpliwościach serwetkowych. No, ale przynajmniej hojności nie można nam odmówić - mimo że do rachunku doliczony był "serwis' (ponad 1200 HUF), mój brat postanowił dać napiwek wysokości - UWAGA- 100 HUF (jakieś 1,5 PLN). Ale nie da się ukryć, galuszki były pycha! Tylko nie wiedzieć czemu dania wegetariańskie jakby w mniejszych porcjach - ale może to po prostu postura Stiopy zasugerowała szefowi kuchni ilość brokułów na jego [Stiopy, nie szefa kuchni] talerzu?
[Właśnie strąciłam z biurka szklankę i mam pełno szkła w kapciach, w związku z tym ledwo żywy Stiopa pobiegł po odkurzacz... A tak w ogóle to nie pierwsza moja zbita szklanka dzisiaj, ale o tym ciiiiiiiii...]
No, to w piątek Magda z Piotrkiem zaczęli zwiedzanie wcześniej niż my ze Stiopą, gdyż ponieważ my musieliśmy torować sobie drogę do kuchni i łazienki przez poimprezowe sterty kubków, butelek, potłuczonego szkła i tym podobnych... No, ale w końcu się udało i połączyliśmy siły na wzgórzu zamkowym. Wiało nieprzeciętnie, jak na dworcu w Kieleckiem. Jakoś jednak dotarliśmy do Muzeum Narodowego i nawet do hali targowej z papryką, tokajem, papryką i papryką. W sobotę pojechaliśmy do Szentendre i Wyszehradu. Wieczorem państwo N. pojechali do Wiednia, a my zaczęliśmy powoli gnić. W niedzielę udało mi się jeszcze zaciągnąć Stiopę do ambasady RP, żeby potrzymał mnie za rękę, jak będę skreślać nowe władze i do muzeum sztuki współczesnej na wystawę, którą powinnam już prawie miesiąc temu obejrzeć w ramach zajęć z filmu. Wystawa całkiem fajna, szczególnie część poświęcona rewolucji. A po wystawie okazało się, że sprzedałam bakcyla Stiopie i biegiem do domu, wziąć aspirynę i pod kołdrę... No i od temtej pory zmieniło się tyle, że PiS już nie rządzi w Polsce (podobno).
A a propos głosowania - podaję panu z komisji dowód osobisty, pan sobie czyta, że mieszkam w Waldenburgu i pyta: "Wałbrzych, Wałbrzych... to tam mieszka Olga Tokarczuk?". Ja mu na to, że o ile mi wiadomo, mieszka w Krajanowie, niedaleko Wałbrzycha, ale dużo ładniej. Ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam na czole napisu "interesuje się współczesną literaturą polską" albo "studentka krytyki literackiej" czy też "polonistka". Moje lustereczko mówi, że niczego takiego na twarzy nie mam, ale nie mówi też, że jestem najpiękniejsza na świecie, więc mu nie do końca wierzę... Swoją drogą zabawne, że pan zapytał o polską pisarkę, kiedy brałam od niego kartę, żeby skreślić inną polską pisarkę...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz