6 listopada 2007

kącik poetycki 2

kolejny fragment Nothing but Budapest Andruchowycza:

(...)

Zamówili mi taksówkę
gdzieś między pierwszą i drugą w nocy, kierowca
miał z osiemdziesiąt lat
i nie mówił żadnym turystycznym językiem.*
Dobrze, że o takiej późnej porze
podróż z Pesztu do Budy
nie trwa zbyt długo, **
inaczej przyszłoby mi jak najszybciej
opanować węgierski,
żeby jakoś podtrzymać z nim rozmowę,
co z jednej strony nie jest łatwe
po dwóch butelkach wypitej naprędce
palinki. ***

Przed mostem Wolności (Szabadság hid),
on, oczywiście, zapomniawszy, że nie jestem tutejszy ****
(zważywszy na jego wiek,
to wcale nie dziwne i nawet naturalne),
zaczął mi coś z ożywieniem opowiadać.
Tak, jakbym w swoim codziennym życiu
mył spalinowe lokomotywy na dworcu Keleti
i był w stanie zrozumieć na czym polega dowcip.


(...)


* no tak, starzy Węgrzy na pewno uczyli się rosyjskiego w szkołach, ale są zawzięci jak Słowacy z językiem węgierskim
** normalnie trwa tyle, że ja bym wolała poczekać na nocny, i tak jeżdżą co jakiś kwadrans...
*** dwóch butelkach palinki... ciekawe, czy na głowę? biorąc pod uwagę, że to poezja dość autobiograficzna, zaryzykuję utożsamienie podmiotu lirycznego z autorem i, pamiętając o tym, że to Ukrainiec z Iwanofrankowska, wierzę, że mógł wypić dwie butelki palinki sam. Ja bym była nieżywa.
**** oni tak mają, Węgrzy po 60. nie przyjmują do wiadomości, że ktoś nie mówi po węgiersku...

Brak komentarzy: