Ha, większość gości w niedziele pojechała do domu, to się z Saszą i Zosią poszliśmy ukulturalniać - już bez ryzyka, że ktoś Basi torebki nie odda*, z tej prostej przyczyny, że nie było z nami Basi ;-) wybraliśmy się do Muzeum Sztuk Pięknych na wystawę prac Picasso, Klee i Kandinskiego. Wystawa jak wystawa, bez fajerwerków, ale zobaczyć było warto. Natomiast wieczorem wybraliśmy się na koncert legendy kanadyjskiego undergroundu ;-) - dobra, poszliśmy na NoMeansNo. "Chłopaki" mają już chyba po sto lat, ale z grania hc jeszcze nie wyrośli. Za to wiedzą, jak rozbawić publiczność. No i support też świetny, też hc i też z Kanady - Invasives.
W ogóle zamiłowanie do jazdy na krawędzi nie wyszło mi tego dnia na dobre :D Miałam bliższy niż zwykle kontakt ze słynnymi kontrolerami w budapeszteńskim metrze. Tak to jest, jak się kusi los. Raz mi się udało i mimo nieważnej już od piątku legitymacji, nie dostałam żadnego świstka papieru, tylko przejechaliśmy naszą stację przez panie kontrolerki (które uparły się szukać w moim polskim dowodzie osobistym węgierskiego adresu...). Niestety później już się nie udało... Linia żłóta była ok, niebieska już mniej - 2500 HUF za to, że miałam ważny bilet studencki i nieważną legitymację (straciła ważność w piątek, mandat dostałam w niedzielę...). Ciekawe było to, że pan kontroler uparł się, że nr mojego dowodu to moja data urodzenia (ciekawym zbiegiem okoliczności faktycznie nr dowodu zaczyna się od 84, ale musiałabym się urodzić 50. dnia 71. miesiąca...). No cóż, przynajmniej załatwiłam sobie dzisiaj nową legitymację. I po raz kolejny na poczcie, gdzie za nią płaciłam, pan z okienka mówił do mnie po polsku "dzień dobry, cześć, dziękuję, do widzenia".
*Wracając do Basi i jej torebki. W czwartek wybraliśmy się do Galerii Narodowej w Zamku w Budzie. Kulturalnie wzięłam z kasy bilet za 0HUF na 7 osób, poszliśmy do szatni zostawić kurteczki i pchamy się na górę. Ale nie, okazało się, że mamy za duże torby/plecaki i trzeba je też zostawić w szatni. Pani szatniarka uznała to za nietakt i postanowiła o tym wszystkich poinformować, gderając coś pod nosem po węgiersku oczywiście. No ale nic to, poszliśmy zwiedzać. Po niedługim czasie dostaliśmy oczopląsu i stwierdziliśmy, że starczy nam już tej kultury. Ale pani z szatni zrobiła Basi psikusa. Oddała nam kurtki i torby, a Basi zabrała numerek, dała kurtkę i koniec. Zajęła się innym klientem. I nie rozumiała, że Basia prosi ją jeszcze o podanie swojej torebki. Całe szczęście inni klienci byli przynajmniej dwujęzyczni i pomagali nam, tłumacząc. Niestety, żeby impuls od ucha do mózgu tej pani mógł swobodnie przebiec po jej neuronach, nie wystarczyła znajomość języka, którym się owa szatniarka posługiwała. Uparła się, że Basia ma jej dać numerek (który już jej dała), bo ludzie mówią, że nie mają, a po minucie znajdują i na pewno teraz też tak jest. Po jakimś kwadransie pertraktacji postanowiła oddać Basi jakiś plecak, nie nasz w każdym razie. I na stwierdzenie, że nam chodzi o tę torbę obok, znów coś zaczęła marudzić. Oddała ją w końcu i pokazała gestem dłoni, że nie ma ochoty dłużej nas oglądać, więc może byśmy tak uprzejmie skierowali się w stronę wyjścia...
Torebka i jej brak to był jakiś leitmotiv tej wycieczki, dzień później Agata zostawiła swoją w kínai büfé, gdzie jedliśmy obiad. Całe szczęście zorientowała się jakąś minutę po wyjściu i nawet nic nie zdążyło z niej zniknąć.
A poza tym, nie ma to jak poznawanie nowych smaków. I nie chodzi mi o oryginalne lokalne dania w restauracjach. Nie. Chodzi mi o to, że Węgrzy kładą w sklepowych lodówkach mrożony szpinak obok mrożonego szczawiu, a kto by brał na zakupy słownik. No i kupiliśmy sobie taki trochę dziwny szpinak, ale dowiedzieliśmy się o tym w domu, podczas gotowania makaronu ze "szpinakiem", który okazał się szczawiem. Dobrze, że przynajmniej było to jadalne. No i nie takie całkiem złe, tyle, że kwaśne.
Over, chyba, że mi się coś przypomni...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz