Węgrzy mają ciekawe zwyczaje, szczególnie fascynują mnie te związane z komunikacją miejską w Budzie i Peszcie. Generalnie wszystko działa super, rozkład jazdy przejrzysty, nigdy nie trzeba długo czekać, wszystko jasne i dojechać wszędzie łatwo. Ale - mają np taki zwyczaj, że na tej samej trasie jadą dwa autobusy o tym samym numerze, z tym, że jeden zatrzymuje się na wszystkich przystankach, drugi nie (nie zatrzymuje się oczywiście na MOIM przystanku). Hmmm, ciekawe, jak to działa, myślę sobie. No i po tygodniu odkryłam, że numerek jest ten sam, ale jeden jest zielony (wszystkie przystanki), drugi czerwony (nie wszystkie)... Ciekawe, jak radzą sobie z tym daltoniści... Po drugie, ludzie mają zwyczaj stawać przy drzwiach przystanek wcześniej, niż wysiadają - chyba żeby mieć pewność, że zdążą... I się tak ciągle ktoś przepycha i przepycha. Po trzecie, nigdy nie próbuj siedzieć w autobusie/tramwaju/trolejbusie/metrze, kiedy obok stoi ktoś, kto mógłby znać osobiście Kasztankę Piłsudskiego, gdyby mieszkał w Warszawie, a nie Budapeszcie. Oj, można się narazić na bluzgi w tym barbarzyńskim języku, albo i na cios parasolką ;) No i jeszcze zagadywanie... Przodują babcie. I don't speak/understand Hungarian nie pomaga. Ich verstehe nicht też nie. Obmyśliłam szybkie wyjście z sytuacji i rzucam tylko lengyel, pokazując na siebie. Rozumieją, żem Polka. I co? I opowiadają historię przez 3 kolejne przystanki, mówiąc głośno i wyraźnie po węgiersku. Choć raz zdarzyła się babcia-poliglotka i odpowiedziała "magyar-lengyel" i pokazała gest uścisku dłoni, po czym dodała jeszcze " I was kid Zakopane ski szuuuu" :) Jakoś ją polubiłam. Może dlatego, że jechała tylko jeden przystanek?
Kolejne fascynujące zwyczaje można zauważyć w marketach. Jeden bardzo mi się podoba, mianowicie niewpychanie klientowi, co ma chleb, masło i mleko 3 plastikowych toreb, coby sobie zakupy zapakował. Generalnie za każdą taką "foliówkę" trzeba zapłacić. Popularne są raczej trwalsze torby z płótna, papieru, włókna kukurydzianego, ostatecznie z grubego plastiku. Wielokrotnego użytku. No i spoko, tylko dlaczego sportem narodowym Węgrów zdaje się być stanie w kilometrowych kolejkach? Nie ma takiego sklepu, w którym czynna jest choćby co druga kasa, a im większy market, tym mniej kasjerek/kasjerów w pracy - czyżby im też wszyscy wyemigrowali? Nawet w ogromnej, dwupiętrowej księgarni, w której nabyłam dzisiaj "Hungarian for foreigners" czynna była jedna kasa i w kolejce spędziłam ze 20 minut...
18 września 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz