30 września 2007

Szentendre i Visegrád


Nie, nie - to nie Holandia ;) to skansen w Szentendre. Wycieczka krajoznawcza prawie udana, oprócz dziur w spodniach i tony błota na butach mam sporo fajnych zdjęć, poznałam kilkoro interesujących ludzi, no i nieźle się nałaziłam ;) A na koniec, w drodze powrotnej z Visegradu, impreza na statku... A Dunaj wcale nie modry ;)
Swoją drogą Szentendre to ciekawe miasteczko - malutka mieścina z urokliwymi malutkimi domkami, pełno sklepów z tym, co każdy turysta powinien przywieźć z Madziaroszagu (ja nie jestem turystką, ja tu mieszkam ;) i co krok jakieś muzeum - salami, marcepanu, microscope art (piramidy w uchu igły do szycia itp.), jakichś nieznanych mi malarzy, dom pamięci o Holocauście, muzeum ortodoksyjnego kościoła serbskiego... A w ogóle to się reklamują (na koszulkach - do kupienia w centrum) jako miasto siedmiu kościołów - ciekawe, ilu wyznań? Poza tym w księgarni na wystawie wypatrzyłam "Duklę" Stasiuka po węgiersku :)

PS więcej zdjęć tu

28 września 2007

chora...

Szafkę mam, oczywiście bez drzwi... no cóż, trzeba będzie składać ciuchy ;) A poza tym to się przeziębiłam i piję cały dzień na zmianę herbatę z sokiem malinowym, herbatę z sokiem z czarnego bzu lub herbatę z cytryną. A przed spaniem polopiryna C. Mam nadzieję, że pomoże, bo jutro wybieram się na wycieczkę do Szentendre i Visegradu.... A dzisiaj opiję się tej harbaty i posłucham Studni, leżąc w łóżku.

26 września 2007

mój pokój teraz

Teraz to wygląda tak, ale ciągle czekam na szafkę, która miałaby drzwi, więc wygląd może się jeszcze zmienić ;)



mieszkanie przed zamieszkaniem

mój pokój


wanna ;)


living room


kuchnia

25 września 2007

dr. Nagy Zsolt

Pierwsze szczepienie na obczyźnie zaliczone ;) ale ile z tym zabawy! Dostałam adres alergologa, więc jadę się zaszczepić. Adres w Budzie, czyli za rzeką, jedna z chyba 5 w tym mieście ulic Ady Endre*, II dzielnica. Nie wiem, czym mam tam jechać, więc sprawdzam connection browser na stronie BKV**. No i mam: trolejbus nr 75 - 1 przystanek, trolejbus nr 79 - 12 przystanków, autobus nr 91 - 10 przystanków, szacowany czas - 53 minuty... No co mam zrobić, wsiadam w 75 i jadę. Szkoda, że na następnym przystanku 79 nie staje :/ no to czekam na następny 75, jadę na kolejny przystanek i wysiadam. Tu 79 staje. Wsiadłam w trolejbus i jadę te kilkanaście przystanków (oczywiście przy 2 czy 3 zgubiłam się z liczeniem, a nie zapisałam sobie nazwy...). Udało mi się trafić tam, gdzie miałam się przesiąść. Idę na autobus, znalazłam przystanek właściwie przez przypadek, wsiadłam i jadę. Z planu miasta wydedukowałam, gdzie mam wysiąść. Wysiadam, patrzę na plan i widzę - zakręt w lewo, pierwsza w prawo i jestem na Ady Endre. Mhm... prawie. No dobra, jakieś pół h później znalazłam gabinet. Było koło 14, a na drzwiach jak byk, że dr. Nagy Zsolt przyjmuje dzisiaj od 16:00. No bomba w torcie. Poszłam sobie na kawę i obiad, a po drodze wyczaiłam przystanek tramwaju, w który mogłam wsiąść 2 przystanki od akademika... Bardzo mi się podoba budapeszteńska wyszukiwarka połączeń komunikacji miejskiej.

* nazwy ulic się powtarzają, bo chyba w każdej wiosce, która kiedyś weszła w administracyjne granice miasta była ulica o takiej nazwie, to nazwisko jakiegoś poety, widocznie Węgrzy lubią swoich poetów ;)

** taki tutejszy ZDiK czy tam inne MZK

24 września 2007

Agata vagyok

Wróciłam właśnie z pierwszej lekcji węgierskiego i wiem jedno - ciężko będzie ;) ale dam radę! A w ogóle to dzisiaj miło zaskoczył nas (ja, Joana, Vania) profesor od zajęć nt. filmu. Otóż, nie ma zajęć z tego zakresu po angielsku, ale jak zobaczył nas trzy, studentki innych wydziałów tak okropnie nudzące się na swoich zajęciach (ja powtarzam Młodą Polskę), tudzież wcale nie mające zajęć (tak, tak - dziewczyny z Lizbony nie miały szczęścia na socjologii), stwierdził, że postara się rozwiązać nasz problem i oto zorganizował nam nieoficjalne zajęcia z filmoznawstwa :) W środę dostaniemy listę filmów po angielsku lub z angielskimi napisami, mamy sobie wybrać kilka tytułów, które obejrzymy, a później wspólnie pointerpretujemy. Fajnie. A poza tym dzisiaj przemeblowałyśmy nasze mieszkanie, teraz czekamy na sprzątanie (wynajęta przez właścicielkę - i sąsiadkę zarazem - pani przyjdzie w środę) i możemy się wprowadzać. Jutro jeszcze zakupy w Ikei - kołdra, poduszka i takie tam...

A teraz zagadka lingwistyczna ;) Może ktoś przetłumaczy? Stiopa, Ty masz dostęp do tajnych materiałów w sieci, możesz odpowiedzieć na końcu :P


Agata vagyok.
Lengyel vagyok.
Egytemista vagyok.
Huszonhárom éves vagyok.


21 września 2007

przeprowadzki

Mam mieszkanie! Za 2h jedziemy podpisać umowę, odebrać klucze i możemy zacząć zwozić swoje rzeczy... Mieszkanie jest spore, stare i wygląda osobliwie, ale jest w miarę tanie, w samym centrum Pesztu i wyposażone we wszystko, co będzie nam potrzebne. Nam, czyli mi, Katy z Transylwanii oraz Joanie i Vanii z Portugalii. Zapraszamy ;)

1075 Budapest
Wesselenyi utca 32 I/2
na domofonie 5
drugie piętro

18 września 2007

kącik poetycki

Jak Wam się wydawało, że na tym blogu nie będzie żadnych wierszy, to źle Wam się wydawało :P Będą. Zacznę od wierszy made in Ukraine, chociaż nie wiem, czy Jurij A. nie pisał tego gdzieś na obczyźnie... Tak czy inaczej, Jurij Andruchowycz w utworze Nothing but Budapest (przekład Bohdana Zadury) i przypisy:

Nawet mógłbym myć spalinowe lokomotywy
na dworcu Keleti*-
żeby tylko być bliżej Budy** z jej zielonymi wzgórzami.
Żeby tylko nie mówić ani słowa,
siedzieć i słuchać,
jak wszyscy wokół mnie o czymś mówią po węgiersku.

Zgodnie z Peterem Zilahyem
w ciągu ostatnich kilku lat
Węgrzy stracili światowy prymat
w samobójstwach***
i teraz są tylko gdzieś w pierwszej
piątce.

To może oznaczać, że oni
odnajdują coraz większe porozumienie ze światem.
Czyli że coraz więcej ludzi rozumie ich język.****
To równie dobrze
może nie oznaczać nic
poza przedwczesnością tego wniosku.*****

(...)

wiersz jest długi, może resztę napiszę w kolejnych odcinkach

* jak macie zamiar przyjechać do mnie pociągiem, to najlepiej na ten właśnie dworzec, jest blisko centrum Pesztu, bo taki dworzec Deli np to na końcu Budy, daleko i trzeba się przesiadać...
**Buda rzeczywiście jest zielona i górzysta, a dworzec Keleti wcale nie jest blisko Budy, dlatego pewnie bohater wiersza, i zarazem jego podmiot liryczny chciałby trochę zarobić, myjąc lokomotywy, wtedy mógłby wsiąść na dworcu w metro i tam pojechać, ale mógłby też wsiąść w autobus nr 7, przejechać kilka przystanków do Blaha Lujza ter i tam wsiąść w tramwaj nr 4 lub 6, za Margit Hid jest już Buda, a tramwajem łatwiej bez biletu niż metrem;)
*** teraz przodują pewnie Japończycy, chyba że Finowie...
****tak, tak, ja kupiłam dzisiaj podręcznik do węgierskiego i słownik magyar-angol i vice versa
***** i co z tego, skoro położyłam to od razu na półce?


okiem obserwatora ;)

Węgrzy mają ciekawe zwyczaje, szczególnie fascynują mnie te związane z komunikacją miejską w Budzie i Peszcie. Generalnie wszystko działa super, rozkład jazdy przejrzysty, nigdy nie trzeba długo czekać, wszystko jasne i dojechać wszędzie łatwo. Ale - mają np taki zwyczaj, że na tej samej trasie jadą dwa autobusy o tym samym numerze, z tym, że jeden zatrzymuje się na wszystkich przystankach, drugi nie (nie zatrzymuje się oczywiście na MOIM przystanku). Hmmm, ciekawe, jak to działa, myślę sobie. No i po tygodniu odkryłam, że numerek jest ten sam, ale jeden jest zielony (wszystkie przystanki), drugi czerwony (nie wszystkie)... Ciekawe, jak radzą sobie z tym daltoniści... Po drugie, ludzie mają zwyczaj stawać przy drzwiach przystanek wcześniej, niż wysiadają - chyba żeby mieć pewność, że zdążą... I się tak ciągle ktoś przepycha i przepycha. Po trzecie, nigdy nie próbuj siedzieć w autobusie/tramwaju/trolejbusie/metrze, kiedy obok stoi ktoś, kto mógłby znać osobiście Kasztankę Piłsudskiego, gdyby mieszkał w Warszawie, a nie Budapeszcie. Oj, można się narazić na bluzgi w tym barbarzyńskim języku, albo i na cios parasolką ;) No i jeszcze zagadywanie... Przodują babcie. I don't speak/understand Hungarian nie pomaga. Ich verstehe nicht też nie. Obmyśliłam szybkie wyjście z sytuacji i rzucam tylko lengyel, pokazując na siebie. Rozumieją, żem Polka. I co? I opowiadają historię przez 3 kolejne przystanki, mówiąc głośno i wyraźnie po węgiersku. Choć raz zdarzyła się babcia-poliglotka i odpowiedziała "magyar-lengyel" i pokazała gest uścisku dłoni, po czym dodała jeszcze " I was kid Zakopane ski szuuuu" :) Jakoś ją polubiłam. Może dlatego, że jechała tylko jeden przystanek?
Kolejne fascynujące zwyczaje można zauważyć w marketach. Jeden bardzo mi się podoba, mianowicie niewpychanie klientowi, co ma chleb, masło i mleko 3 plastikowych toreb, coby sobie zakupy zapakował. Generalnie za każdą taką "foliówkę" trzeba zapłacić. Popularne są raczej trwalsze torby z płótna, papieru, włókna kukurydzianego, ostatecznie z grubego plastiku. Wielokrotnego użytku. No i spoko, tylko dlaczego sportem narodowym Węgrów zdaje się być stanie w kilometrowych kolejkach? Nie ma takiego sklepu, w którym czynna jest choćby co druga kasa, a im większy market, tym mniej kasjerek/kasjerów w pracy - czyżby im też wszyscy wyemigrowali? Nawet w ogromnej, dwupiętrowej księgarni, w której nabyłam dzisiaj "Hungarian for foreigners" czynna była jedna kasa i w kolejce spędziłam ze 20 minut...

16 września 2007

metamorfozy

przed:


i po:

chyba się zadomowiłam...

węgierski piecyk gazowy

globalizacja i co z tego dla ludzi wynika



Kubu(sia) już Wam pokazałam, ale to nie wszystko - mają tu słodycze Wedla pod pseudonimem, którego nie pamiętam, a tymbarki chowają się pod etykietką 'topjoy', tylko co z tego, skoro szata graficzna opakowań niezmieniona. Stiopa, nie ciesz się przedwcześnie - zamiast jabłka z miętą mają samo jabłko ;)
anyway, w piątek po drodze na wydział prawa (orientation day), weszłam do sklepu po wodę, ale skusił mnie porzeczkowy tymbark (ja się będę upierać przy tej nazwie, 'topjoy' brzmi idiotycznie), patrzę pod kapsel, a tam: "MEGTALÁLOD ŐT!" - cokolwiek to znaczy...

P.S. Podziękujmy teraz lokalnemu władcy komputerów za przywrócenie mi łączności ze światem: köszönöm szépen

Entry Camp

Sobota 15.09.

Pobudka o 7.00 to nie jest mój ulubiony pomysł na sobotę, ale jakoś mi się udało. Dotarłam na czas na Moszkva ter w Budzie, czyli miejsce zbiórki erasmusów chcących poznać jakiś innych świrów, którzy przyjechali studiować w Budapeszcie...

Całe szczęście kamping niedaleko za miastem i dociera tam podmiejski autobus. Kamping w poprzedniej epoce pełnił rolę miejsca obozowania węgierskich pionierów, dobrze, że nie kazali nam nosić czerwonych chust. Dotarliśmy do hotelu (typowa socrealistyczna paskuda, jakich w tej części Europy nie brakuje) i zaczęliśmy się integrować. Na początek gry z imionami i inne takie, które sprawiły, że czułam się jak na obozie z dzieciakami, tylko, że tym razem ja nie musiałam się specjalnie produkować. Było całkiem miło. Po lunchu (też typowa socrealistyczna paskuda, rozgotowany makaron i stołówka jak w podstawówce) podzieleni na grupy mieliśmy przygotować sztuki parateatralne o niektórych narodach EU. Mojej grupie trafiła się Francja. Trochę polewaliśmy z ich megalomanii i ignorancji, ale wszystko poprawne politycznie, zresztą jak i twórczość innych grup. Troszkę przez to mdłe, no ale co zrobić? ;)

Przerwa na kawę, a później się zaczęło. Drinking games... hmm sztafeta w piciu czystej wódki wprost z butelki, masakra... (oczywiście wygrała drużyna, w której było dwóch Polaków, Rosjan ani Ukraińców nie było, a jedyny Fin sam miał małe szanse...). Później przewlekanie sznurka, zabawa z kubkami po piwie i powiało perwerą – zlizywanie bitej śmietany z ciała, w parach mieszanych. Liczył się wyraz artystyczny oraz miejsce nałożenia śmietany. Grrr. Tak czy siak, moja grupa zajęła 2. miejsce = szampan* ;)

Na kolacji pół wycieczki już było pijane, a wieczorem jeszcze impreza... Jakoś przeżyliśmy. Ale rano niektórzy mieli problemy ;)

Zdjęcia niebawem powinny być w internecie, jak się dowiem, co i jak, podam linka.

Póki co jedna fota ze sceny finałowej - francuski kankan:



* raczej wino musujące i raczej z dolnej półki (2wrocław zawsze kupuje lepsze trunki!)

Orientation Day

Piątek, 14.09.2007

hmm, nie wiem, w czym to miało nam pomóc się zorientować, ale ok, chcieli dobrze (a wyszło jak zawsze). Jedyny plus całego zajścia to to, że mam legitymację studencką bez stania godzinami w biurze kwestury.

Poza tym poznałam Oliwię, która do niedawna mieszkała dwoje drzwi dalej, ale już się wyniosła z tego wspaniałego miejsca... Pojechałyśmy sobie na Wyspę Małgorzaty (Margit Sziget), posłuchałyśmy muzyki, popatrzyłyśmy, jak fontanna się giba w jej takt i wróciłyśmy. Tylko jedno „ale”, jadąc na wyspę, wsiadłyśmy w dobry tramwaj, tylko jadący w drugą stronę niż powinnyśmy, taki psikus...

Wieczorem impreza, pierwsze Erasmus Party. Szczerze mówiąc, wolę te wrocławskie welcome parties ;) Na koncercie (muzyka całkiem spoko) jednak trudno pogadać i się pointegrować...

irodalmi szakszeminarium*

Czwartek, 13.09.2007

No to wychodzi na to, że przemęczać się tu nie będę, jeszcze pracę magisterską z nudów napiszę ;) zapisałam się dzisiaj na zajęcia, wybrałam sobie następujące: A lengyel irodalom története 3. , A XX. Századi lengyel irodalom 1. rész oraz Idoralmi szakszeminárium :D Do tego 2x/tyg węgierski...

[no dobra, napiszę po polsku. to pierwsze to polsko-węgierskie wpływy literackie – nie mam zajęć, mam tylko coś poczytać i pokrytykować węgierską poezję współczesną ;), te drugie to historia literatury polskiej XX wieku, trzecie to seminarium poświęcone współczesnej literaturze i kulturze Polski... – te zajęcia mam co 2 tygodnie, albo i rzadziej, zależy jak się zbierze grupa, która łącznie ze mną liczy całe 3 osoby...]



*seminarium z literatury

13 września 2007

całkiem szara?

co można robić w wolnych chwilach, kiedy nie ma jeszcze zajęć, ba!, nie ma nawet planu? Można się testować. Na przykład tak.

A to mój wynik.

I co, że niby jestem tak idealnie, doskonale średnia, że wtapiam się w każde tło? Hmm, no w sumie wczoraj mnie jakaś Węgierka pytała o drogę, po węgiersku - czyli miała mnie za tubylca...

12 września 2007

Quaesruta Office vol.3

Trzeba sobie zrobić legitymację studencką - zgodnie z wskazówkami koordynatora poszłam już w poniedziałek do kwestury. Z całym ekwipunkiem - wypełniony formularz, paszport, 2 zdjęcia, kasa. Trochę oczywiście pobłądziłam, bo mapka, którą wręczył mi pan koordynator to była chyba kopia kopii kopii i nic nie było widać. No, ale w końcu się udało. Wchodzę, a tam jakieś numerki się wyświetlają w rogu na małym ekranie, a tłumy studentów trzymają w rękach jakieś numerki, co wyglądają jak paragon z kasy w markecie. Spytałam co i jak, no i się okazało, że muszę sobie podejść do machiny, nacisnąć guzik i odebrać numerek. Ale guzików jest kilka, napisy przy nich tylko po madziarsku (typowe) i co ja mam z tym fantem zrobić? No to napadłam jakieś "świeżynki" z pierwszego roku (wiedzieli mniej więcej tyle, co ja, ale przynajmniej znają węgierski) wytłumaczyli, że to ten drugi od góry. Naciskam, a tam zamiast numerka jakieś napisy. Świeżynki mówią, że tam napisali, że dzisiaj ful i już nic nie załatwię... No dobra.

We wtorek i środę dostałam taką samą karteczkę...

11 września 2007

feel like home?

Kubu(ś) - i wszystko jasne :D

10 września 2007

miała być zagadka...


ale już sama podałam rozwiązanie ;P
No dobra, to które to polonistyka?



Lengyel filologiai tanszek

...czyli instytut (zakład, katerda?) filologii polskiej ;) W przyszłym tygodniu zaczynam tam zajęcia, jak tylko się zorientuje, jakie mam do wyboru, wypełnię papierki (Learning Agreement) i wyślę kopię do Wrocławia. A 17.09. o godz. 17.00 zaczynam kurs węgierskiego...

Po południu jadę oglądać mieszkania i chyba się zdecyduję, jeśli któreś będzie ok, gdyż ponieważ okazało się, że nie mogę się przenieść do Kamili, a to dlatego, że: do mojego pokoju mają kogoś dokwaterować, jakąś erasmuskę, do Kamili Węgierkę - i jeśli ta Węgierka nie będzie mówiła w jakimś języku pozwalającym jej komunikować się z cudzoziemką (bo mniej prawdopodobne, że erasmuska będzie mówić po węgiersku), to z przeprowadzki nici... Ale jeśli będzie np. anglojęzyczna, to możemy się zamienić... ech...
No cóż, sprawdzę te pokoje do wynajęcia, może będzie meta w Budapeszcie ;)


psssyt, psssyt - ploteczka: podobno będzie ze mną mieszkać E-stonka (o ile ja tu zostanę...)

9 września 2007

znajdź różnice

A teraz dla odmiany wrzucę zdjęcia normalnego pokoju w tym akademiku - znajdź 10 różnic:






rozweselacze

Całe szczęście jest Studnia i w ciężkich chwilach rozwesela... Kilka mixów by JacPo do posłuchania:


Ptaki mają głos Jac Po mix -- studnia org pl
Chór młodych szpaków


Fryzurka Jac Po mix -- studnia org pl
Fryzurka

Tolek Bomba Jac Po mix -- studnia org pl
Demolujcie, niszczcie

wklejane 3

Dzień 3. (9.09.2007 godz. 18.10 czekając, aż woda zacznie wrzeć)

Normalizacja

Przed 10 obudził mnie telefon – mama, że zapomniałam z samochodu parasolki, a oni właśnie wyjeżdżają i czy mi ją podrzucić, hmm, no idzie jesień, więc ten sprzęt może się przydać... Oddali i pojechali. A ja doleżałam do południa, wcisnęłam w siebie śniadanie i poszłam do Kamili, dowiedzieć się co i jak z komunikacją miejską. Kamila pożyczyła mi swój bilet miesięczny, wytłumaczyła, gdzie kupić swój własny i dotrzeć na uniwerek. Akcja zakończona sukcesem :) Koło uni poszłam sobie na kawę i poszłam się ukulturalniać. Bo z nudów to człowiek i do muzeum zajrzy czasem – szczególnie, że stała wystawa w narodowym kosztuje 0ft!!! Muzeum warte pooglądania, szczególnie najnowsza historia Węgier. Później poszłam się jeszcze powozić po deptaku, z powrotem na autobus, no i piszę, czekając na obiad (pewnie przepyszne puree ziemniaczane z torebki, mniam).




Rozkład jazdy autobusu z akademika na uniwerek ;)


















mój dzisiejszy obiad ;)


















mój dzisiejszy program kulturalny - Muzeum Narodowe w Budapeszcie ;)










wklejane 2

dzień 2: 8.09.2007 (właściwie to 9.09.2007 godz. 02:03)

Będzie lepiej?

Trochę się zdziwiłam, jak otworzyłam oczy. Ale świadomość wróciła szybko. Jestem w akademiku... No nic, mama dzwoni, zaraz będą, to się streszczam ze śniadaniem i takimi tam, jedziemy coś pozwiedzać. Zostawiliśmy samochód gdzieś w centrum i poleźliśmy do bazyliki św. Stefana. Niezła panorama miasta widziana z wieży. Później "lunch" + kawka + piwko i zwiedzamy dalej. Parlament. Niezły kawał brzegiem Dunaju (wcale nie był modry), most Małgorzaty (Margit Hid) i Łańcuchowy (Lanchid Hid) i do auta. Po drodze szukanie otwartej poczty, bo tu nie pracuje się tyle, co u nas ;) Poczta od poniedziałku do piątku jest otwarta do 15.30, w sobotę do 14.30... Nie znaleźliśmy. A chodziło o kupienie karty sim w węgierskiej sieci. Udało się w końcu w sklepiku Vodafone w Tesco!!! Potrzebny był niestety paszport, a mój został w akademiku. Całe szczęście mama miała swój i taty ze sobą – po prostu poszukaliśmy mamy w sklepie, zabraliśmy taty paszport i z powrotem biegiem do Vodafone (za 20 min zamykali). Tato podpisał coś, czego nie rozumieliśmy i mam już węgierski numer: +00036704073962 mogłam go sobie nawet wybrać, heh

Byłam też u poznanej wczoraj pół-Polki, pół-Węgierki (nie wiem, czy o niej pisałam, bo mi się nie chce czytać tego wczorajszego elaboratu). Chyba nie... No to tak: to Kamila, mieszka tu już piąty rok i pewnie dlatego trochę się urządziła, więc jej pokój wygląda całkiem normalnie, miło, przyjemnie. W poniedziałek spróbujemy mnie tam przemeldować. Ale też w poniedziałek idę oglądać 2 mieszkania, które znalazła mi moja mentorka (czyli po naszemu mój tutor). No, zobaczymy... Największa wada lokalu, w którym mi przyszło mieszkać, to brak internetu w pokoju, ale wystarczy tylko zapłacić i kupić kabel sieciowy, żeby była tu sieć. Kamila w swoim pokoju buszuje po ineternecie... Kusząca perspektywa ;)

Nie chciało mi się przycinać - na zamkniętej bramie uniwerku logo ELTE

wklejane 1 - ku pamięci

Budapeszt dzień 1: (7.09.2007 godz. 15.31)

Ciężkie początki...

wyjechaliśmy sobie z domu koło 23, spokojnie, bez nadmiernej prędkości na liczniku jedziemy sobie przez ČR[1] i Slovakię na Węgry. Wszystko (prawie) ok, tylko Czesi mają ciekawą filozofię znakowania dróg – zamiast wypisywać kierunek na duże miasto walą tabliczkę z nazwą najbliższej wiochy, no i siedziałam sobie całą drogę na tylnym siedzeniu z mapą i latarką pod ręką. No, ale nie było źle. Koło 7 rano dojeżdżamy do Budapesztu, i tu zaczyna się zabawa ;) korki, kluczenie, nie wiadomo dlaczego, Węgrzy z kolei lubią niewielkie tablice z nazwami ulic na murach budynków, a do tego jak tu poskładać te literki w sensowną całość w czasie kilku sekund? (mając minus trochę dioptrii w każdym oku). Ok, po 10.00 byłam w akademiku. Dostałam klucz, kartę mieszkańca i takie tam, poszłam do samochodu po bagaże i rodzicieli i ruszamy do pokoju nr 308, jak się domyślam na 3. piętro. Domyślałam się dobrze, winda działa, znajdujemy odpowiednie drzwi i... nasze szczęki odbijają się z hukiem od podłogi, a ręce opadają ze świstem. MA-SA-KRA!!! Powiem tak: wrocławska „XX-latka” to przy tym luksus, jakich mało. Pokój nr 308 jest obrzydliwy (coś jak schronisko „Kremenaros” w Ustrzykach Górnych, tylko mniej łóżek). No po prostu ble! Pokój jest dwuosobowy, ale jak na razie moim jedynym współlokatorem jest pan miś, co płaci w nocnych. No cóż... Poszukam czegoś innego, myślę sobie, krótko przedyskutowuję to z mamą, która mówi, żebym nawet się nie rozpakowywała, bo ona mnie zabiera z powrotem i jedziemy szukać hotelu, który tato zarezerwował. Sprawa niby prosta. Ulicę mamy znalezioną na planie, jest niedaleko stąd. Błąd! Ulica rzeczywiście blisko, ale numer niekoniecznie, do tego Nobel dla tego, kto ponumerował budynki na tej ulicy... otóż nr 27-29, przy którym jest hotel nie jest wcale w pobliżu 23 (ostatni, jaki z dwudziestek udało się nam znaleźć), ani też blisko trzydziestek. Nie, jest gdzieś bliżej 300!!! (nie pomyliłam się z zerami). Ale jesteśmy tam za wcześnie i pokój nie gotowy. No dobra, to zakupy, bo przy hotelu jest osiedlowy markiet (mama kupiła mi m.in. szmatki, szmatę do podłogi, papier toaletowy, papierowe serwetki i płyn do mycia naczyń..., no i coś do jedzenia). To teraz do pana koordynatora, pokazać, że umiem dotrzeć nawet do stolicy tak dziwnego kraju... Znów kluczymy, błądzimy, zaczynamy się na siebie drzeć, w końcu wysiadam i zagaduję pana parkingowego, nie mówi po ang, ale mam wypisany adres i mapę – pokazał co i jak, ruszamy. Mama oddaje mi mapę i siada z tyłu. To nawet pomaga. Podjeżdżamy pod uni, ja idę z papierami do koordynatora. Oczywiście nic się nie dowiedziałam, tylko zaznaczył w kompie, że dotarłam. Spotkanie informacyjne dla erasmusów w poniedziałek rano. Dostałam formularz do wypełnienia (już im raz wysyłałam mailem identyczny...). No dobra. Wracam do akademika (już prawie bez kluczenia), niby spać, ale nie mogę, mimo potwornego zmęczenia. Nagromadzone emocje wychodzą ze mnie razem z krokodylimi łzami... Żenada, Agata N., lat 23 leży z misiem w śpiworze i ryczy.. A nie!, wcześniej jeszcze usłyszałam na korytarzu ojczystą mowę i zaczepiłam rodaczkę. Ona się właśnie wyprowadza, wytrzymała tu tydzień. Dzielna dziewczyna. Dzięki niej sprawdzam pocztę (dostałam pokątnie tajne hasło do internetu, z którego skorzystałam nielegalnie w pokoju komputerowym w akademiku). Dostałam mailem numer telefonu do kogoś, kto zarządza tutorami (zwanymi tutaj mentorami) na „moim” wydziale. No wspaniale. Dzwonię. Koleś mówi, że skontaktuje się z moim mentorem i każe mu oddzwonić. Czekam na razie 2,5h.[2] Spisałam też numery telefonów w sprawie pokoju do wynajęcia, jakie zdążyły do mnie przyjść na listę mailingową... Albo już nieaktualne, albo nikt nie odbiera :( Ale jest jeszcze agencja, która wynajmuje pokoje studentom. Ruszam tam w pon, bo jutro pewnie nic nie zdziałam (jutro będzie sobota), pojutrze tym bardziej.

[Właśnie zauważyłam, że jak narzekam, to nie ma problemu z długością tekstu, a jak mam pisać prace zaliczeniowe, to problem jest ogromny, hmm...].

Wracając do tych łez – kilka smsów, ciepły prysznic (całe szczęście grzyba nie zauważyłam, ale zasłonek też nie) i „Duchowa rewolucja” Izraela dudniąca z laptopa pomogły. Nawet znalazłam inne ujście dla emocji i stąd ten tekst (pisany póki co w wordzie, ale jak tylko się da, wrzucę na stronę). A teraz, Drodzy Czytelnicy, wstanę i zrobię sobie herbatę :P

Woda się gotuje, a mi zimno :/

[Teraz to już się zaczyna robić niezły strumień świadomości... hłe, hłe... To Wam jeszcze powiem, Drodzy Czytelnicy ;), że słucham sobie właśnie Patyczaka (właściwie to są Starzy Sida) w rewelacyjnym utworze „Gdzie ona jest?” – ciekawe, czy podoba mi się tak bardzo dlatego, że jest to piosenka o Agacie, co jest „500 km stąd”?!]

W „panu żabce” mam zieloną z miętą, ale w „wałbrzychu” zrobię sobie budyńku :D i zapuszczę wesołą playlistę, może będzie lepiej?

Generalnie ten pokój chyba da się znieść po zaklejeniu ścian plakatami i innych tego typu „ulepszeniach”, ale nie siedząc samemu i bez internetu :/ No i poważna wada akademika, z pierwszych zasłyszanych plotek wynika, że ciężko tu kogoś przemycić na noc... I co, jak mnie odwiedzicie, to nie będzie nocnych rozmów o pierdołach? Oooo nie, tak nie będzie! W pon lecę szukać mieszkania!!! Tato stwierdził, że kasa się nie liczy, ważne, żebym się stąd wyniosła :)

Dobra, starczy, bo kto to będzie czytał?!

[1] komentarz pana ze straży granicznej na przejściu w Golińsku : „ – Sami znajomi”, - ???, „ – Znam pana z Wilcza” heh...

[2] jakieś 10 min po tym, jak napisałam te słowa, przyszedł sms z tłumaczeniem, żebym była cierpliwa, bo kolega Marton nie może się dostać do internetu, żeby wydobyć numery tutorów... „ech, co za los!”



Kilka zdjęć:





7 września 2007

na miejscu...

no to ja juz na miejscu... ale ten post nie bedzie dlugi, gdyz przy nastepnej okazji wrzuce tu to, co dzisiaj stworzylam w ramach terapii zajeciowej - osuszajac lzy, ej "ł" nawet mam, osuszajac łzy... no, bo laptop słuzy mi za odtwarzacz mp3 jedynie... ech... wylałam wiadra jadu, ale nie wiem, jak to zniesiecie, wiec ostrzegam: kolejny post tylko dla ludzi o silnych nerwach... bis dann

6 września 2007

już za chwileczkę, już za momencik

No, to dzisiaj wyjeżdżam... Walizka spakowana, konto w banku naprawione - mogę już robić przelewy, sim lock z telefonu zdjęty. Na fali przygotowań do pobytu na obczyźnie zakupiłam: słuchawki z mikrofonem - sztuk 2 (jedne dla mamy), kamera internetowa - sztuk 1, myszka komputerowa - sztuk 1 (popsuta już przy wyjmowaniu z opakowania - i nie moja ta wątpliwa zasługa, ale dało się naprawić i działa bez zarzutu)... można mnie posłuchać i pooglądać za pośrednictwem skype'a (prozac_zycia), to co - in tacz? :D

Aaa, nie zamledowałam, że tydzień temu udało mi się nawet skonczyć ten 4. rok polonistyki :) Napisałam prawie 6 stron (interlinia 1,5 pkt) szkicu o "Latcho Drom" T.Gatlifa i jakoś mi wyszło - pan dr postawił ocenę w odpowiedniej rubryce i na wieść o wyjeździe postanowił mnie nieco przygotować do starcia z Węgrami: uczył, jak jest "dziękuję" w języku Madziarów. Szkoda, że mało skutecznie, bo już po wejściu do mieszkania nic nie pamiętałam... Bywa. Indeks właśnie leżakuje w dziekanacie, sama nie odbiorę, powierzyłam to zadanie dzielnej Zoe.

A na Uniwersytecką, środkowe łóżko, duży pokój wprowadza się pani mgr (heh, jakby się uczyła, to by za ladą nie stała ;P ). Taka zmiana dekoracji. Miłego mieszkania na skłocie, Aniu! :D