Budapeszt dzień 1: (7.09.2007 godz. 15.31) Ciężkie początki...
wyjechaliśmy sobie z domu koło 23, spokojnie, bez nadmiernej prędkości na liczniku jedziemy sobie przez ČR i Slovakię na Węgry. Wszystko (prawie) ok, tylko Czesi mają ciekawą filozofię znakowania dróg – zamiast wypisywać kierunek na duże miasto walą tabliczkę z nazwą najbliższej wiochy, no i siedziałam sobie całą drogę na tylnym siedzeniu z mapą i latarką pod ręką. No, ale nie było źle. Koło 7 rano dojeżdżamy do Budapesztu, i tu zaczyna się zabawa ;) korki, kluczenie, nie wiadomo dlaczego, Węgrzy z kolei lubią niewielkie tablice z nazwami ulic na murach budynków, a do tego jak tu poskładać te literki w sensowną całość w czasie kilku sekund? (mając minus trochę dioptrii w każdym oku). Ok, po 10.00 byłam w akademiku. Dostałam klucz, kartę mieszkańca i takie tam, poszłam do samochodu po bagaże i rodzicieli i ruszamy do pokoju nr 308, jak się domyślam na 3. piętro. Domyślałam się dobrze, winda działa, znajdujemy odpowiednie drzwi i... nasze szczęki odbijają się z hukiem od podłogi, a ręce opadają ze świstem. MA-SA-KRA!!! Powiem tak: wrocławska „XX-latka” to przy tym luksus, jakich mało. Pokój nr 308 jest obrzydliwy (coś jak schronisko „Kremenaros” w Ustrzykach Górnych, tylko mniej łóżek). No po prostu ble! Pokój jest dwuosobowy, ale jak na razie moim jedynym współlokatorem jest pan miś, co płaci w nocnych. No cóż... Poszukam czegoś innego, myślę sobie, krótko przedyskutowuję to z mamą, która mówi, żebym nawet się nie rozpakowywała, bo ona mnie zabiera z powrotem i jedziemy szukać hotelu, który tato zarezerwował. Sprawa niby prosta. Ulicę mamy znalezioną na planie, jest niedaleko stąd. Błąd! Ulica rzeczywiście blisko, ale numer niekoniecznie, do tego Nobel dla tego, kto ponumerował budynki na tej ulicy... otóż nr 27-29, przy którym jest hotel nie jest wcale w pobliżu 23 (ostatni, jaki z dwudziestek udało się nam znaleźć), ani też blisko trzydziestek. Nie, jest gdzieś bliżej 300!!! (nie pomyliłam się z zerami). Ale jesteśmy tam za wcześnie i pokój nie gotowy. No dobra, to zakupy, bo przy hotelu jest osiedlowy markiet (mama kupiła mi m.in. szmatki, szmatę do podłogi, papier toaletowy, papierowe serwetki i płyn do mycia naczyń..., no i coś do jedzenia). To teraz do pana koordynatora, pokazać, że umiem dotrzeć nawet do stolicy tak dziwnego kraju... Znów kluczymy, błądzimy, zaczynamy się na siebie drzeć, w końcu wysiadam i zagaduję pana parkingowego, nie mówi po ang, ale mam wypisany adres i mapę – pokazał co i jak, ruszamy. Mama oddaje mi mapę i siada z tyłu. To nawet pomaga. Podjeżdżamy pod uni, ja idę z papierami do koordynatora. Oczywiście nic się nie dowiedziałam, tylko zaznaczył w kompie, że dotarłam. Spotkanie informacyjne dla erasmusów w poniedziałek rano. Dostałam formularz do wypełnienia (już im raz wysyłałam mailem identyczny...). No dobra. Wracam do akademika (już prawie bez kluczenia), niby spać, ale nie mogę, mimo potwornego zmęczenia. Nagromadzone emocje wychodzą ze mnie razem z krokodylimi łzami... Żenada, Agata N., lat 23 leży z misiem w śpiworze i ryczy.. A nie!, wcześniej jeszcze usłyszałam na korytarzu ojczystą mowę i zaczepiłam rodaczkę. Ona się właśnie wyprowadza, wytrzymała tu tydzień. Dzielna dziewczyna. Dzięki niej sprawdzam pocztę (dostałam pokątnie tajne hasło do internetu, z którego skorzystałam nielegalnie w pokoju komputerowym w akademiku). Dostałam mailem numer telefonu do kogoś, kto zarządza tutorami (zwanymi tutaj mentorami) na „moim” wydziale. No wspaniale. Dzwonię. Koleś mówi, że skontaktuje się z moim mentorem i każe mu oddzwonić. Czekam na razie 2,5h. Spisałam też numery telefonów w sprawie pokoju do wynajęcia, jakie zdążyły do mnie przyjść na listę mailingową... Albo już nieaktualne, albo nikt nie odbiera :( Ale jest jeszcze agencja, która wynajmuje pokoje studentom. Ruszam tam w pon, bo jutro pewnie nic nie zdziałam (jutro będzie sobota), pojutrze tym bardziej.
[Właśnie zauważyłam, że jak narzekam, to nie ma problemu z długością tekstu, a jak mam pisać prace zaliczeniowe, to problem jest ogromny, hmm...].
Wracając do tych łez – kilka smsów, ciepły prysznic (całe szczęście grzyba nie zauważyłam, ale zasłonek też nie) i „Duchowa rewolucja” Izraela dudniąca z laptopa pomogły. Nawet znalazłam inne ujście dla emocji i stąd ten tekst (pisany póki co w wordzie, ale jak tylko się da, wrzucę na stronę). A teraz, Drodzy Czytelnicy, wstanę i zrobię sobie herbatę :P
Woda się gotuje, a mi zimno :/
[Teraz to już się zaczyna robić niezły strumień świadomości... hłe, hłe... To Wam jeszcze powiem, Drodzy Czytelnicy ;), że słucham sobie właśnie Patyczaka (właściwie to są Starzy Sida) w rewelacyjnym utworze „Gdzie ona jest?” – ciekawe, czy podoba mi się tak bardzo dlatego, że jest to piosenka o Agacie, co jest „500 km stąd”?!]
W „panu żabce” mam zieloną z miętą, ale w „wałbrzychu” zrobię sobie budyńku :D i zapuszczę wesołą playlistę, może będzie lepiej?
Generalnie ten pokój chyba da się znieść po zaklejeniu ścian plakatami i innych tego typu „ulepszeniach”, ale nie siedząc samemu i bez internetu :/ No i poważna wada akademika, z pierwszych zasłyszanych plotek wynika, że ciężko tu kogoś przemycić na noc... I co, jak mnie odwiedzicie, to nie będzie nocnych rozmów o pierdołach? Oooo nie, tak nie będzie! W pon lecę szukać mieszkania!!! Tato stwierdził, że kasa się nie liczy, ważne, żebym się stąd wyniosła :)
Dobra, starczy, bo kto to będzie czytał?!
Kilka zdjęć:




