29 października 2007

ferie jesienne

W poniedziałek zaczęły się ferie. Różnica między feriami a "nieferiami" jest taka, że nie miałam w poniedziałek rano zajęć o Iwaszkiewiczu. I wieczorem węgierskiego. Poza tym żadnych odczuwalnych skutków ferii nie zauważyłam.
W ogóle dziewczyny stwierdziły po Polish Evening, że polskie jedzenie jest dziwne - wszystko robimy z kiszonej kapusty :D no cóż - był bigos, łazanki, pierogi z kapustą i grzybami... i z kiszonej kapusty to by było na tyle. Były też pierogi ruskie, gołąbki, sałatka jarzynowa i oczywiście trunki: żołądkowa gorzka, żubrówka i wściekłe psy z wyborowej. Mam wrażenie, że to to ostatnie cieszyło się największym wzięciem. Chociaż właściwie wszystko zostało zjedzone, nawet krówki i mieszanka krakowska... Za to Joana zachwycona przebojem Tarzan Boya, czyli przynajmniej polska muzyka jest do przyjęcia.


W ogóle Polish Evening zrobiliśmy w Domu Polskim. Nie przewidzieliśmy tylko, że Dom jest przy polskiej parafii w Budapeszcie i wysiadających z autobusu erasmusów przywita podświetlona Maryjka w grocie :D Niezłe miejsce na imprezę, co? Trochę pozasłanialiśmy aniołki plakatami i dało radę ;) Quiz też dał radę (Bartek nieco podkręcił wersję wrocławską, heh)... Wygrali sąsiedzi z Litwy.


A dzisiaj zabiję nudę! Jadę do Transylwanii, za jakieś 1,5h wychodzę na dworzec Nepliget. Heh, ostatnio coś dość często tam bywam... Za niedługo znów tam pojadę po Zoo i Saszkie, a wcześniej może jeszcze odprowadzić Vanię i Joanę, bo się dziewczyny za tydzień wypuszczają na weekend do Krakowa. A ja dzisiaj kupiłam rumuńskie leje i jadę sprawdzić, jak się ma Nosferatu w dzień Wszystkich Świętych. Jutro ok. 6.00 rano powinnam być już u Draculi.

Viszontlátásra!

27 października 2007

Boże, spluń! Bombo atomowa, przybądź!

Ja już nie mogę... Zaczęło się w czwartek - Polish Evening - całkiem udany zresztą, przeciągnął się nam do wczesnych godzin porannych. W piątek kolacja u Kristofa skończyła się łażeniem po Budapeszcie przez jakąś godzinę w poszukiwaniu miejsca, gdzie można by potańczyć. Znaleźliśmy w końcu West Balkan - miejsce całkiem przyjemne, ale i zatłoczone. No i już o 4.00 wróciliśmy do domu. No a dzisiaj impreza u nas w mieszkaniu. Ja zaczynam mieć powoli dość... Do tej pory oczy mi się nie chcą tak do końca otworzyć, nie mam energii nawet na to, żeby ruszyć się z pokojonorki chociażby do kuchni. A tu pewnie znów jakieś dzikie tłumy się zbiorą. Ech, co za los... W ogóle to nicnierobienie zaczyna być męczące. Może chociaż wycieczka do Transylwanii będzie jakąś przerwą w nie robieniu niczego. Bo ostatnio to my tu wszystkie po prostu jesteśmy. I to by było na tyle z naszej strony. Na szczęście zbliża się termin mojego referatu na historii literatury, to przynajmniej jeden dzień będę miała co ze sobą zrobić. No i może pora zacząć pisać pracę zaliczeniową z wpływów literackich, a przynajmniej wybrać się na konsultacje... Mówiąc krótko: nudzi mi się...

24 października 2007

nagyon jo!

czyli dostałam 'bdb'

na jesienne smuteczki

zöld tea van a új piros bögreben ;)


A poza kupowaniem sobie nagród pocieszenia z okazji jesiennej deprechy, ugotowałam dzisiaj to:

To, czyli mój pierwszy w życiu bigos, i do tego na obczyźnie. Ale smakuje całkiem jak bigos ;)

A skoro już taki fotoblog mi się dzisiaj zrobił, to jeszcze jedno - lekko już przeterminowane (16.10.2007) zdjęcie - uczymy się na świeżym powietrzu, w prawie bezpośrednim kontakcie ze sztuką, na tarasie muzeum sztuki współczesnej (no dobra, uczy się Vania, Joana gdzieś się zagubiła, a ja jestem po drugiej stronie obiektywu):

magyarul tanulunk ;)

gloomy sunday*

Skończył się wreszcie ten tydzień z trzema niedzielami... hurra. Można przestać się nudzić. Z tym, że pogoda nie sprzyja niczemu innemu. W ramach walki z marazmem i jesienną deprechą Vania postanowiła wczoraj pozwiedzać miasto - efekt: przemoknięte buty. Ja ruszyłam się tylko do dyżurnej apteki po coś na bakcyla dla Stiopy i coś na kaszel dla mnie, zanim wypluję swoje płuca - misja zakończona sukcesem (a i tak musiałam przejść samą siebie i powiedzieć, że chodzi mi o kaszel we wszystkich chyba znanych mi językach, mimo że pani zrozumiała już pierwszą, anglojęzyczną, wersję)**. Joana już nawet nie próbowała walczyć z nudą... Dzisiaj dziewczyny sprzątają i piorą, a ja wyruszam w miasto w poszukiwaniu: kapusty świeżej, kapusty kiszonej, padliny i suszonych śliwek, co mam zamiar zamienić w polish national dish, ergo: bigos. Jutro Polish Party...
Poza tym dzisiaj zaczęło się dla mnie już 2 razy. Pierwszy raz w samym środku nocy, kiedy zadzwonił budzik i powiedział, że trzeba się zbierać na dworzec Népliget, wsadzić Stiopę do autobusu do Krakkó. Autobus o 6.15, ale jeszcze śniadanie, kawa (bo inaczej nie otworzyłabym oczu o 4.00), sklep 24h, metro, dworzec. Całe szczęście, żeby przejść ze stacji metra na dworzec nawet nie trzeba wychodzić na powierzchnię ziemi ;) Za to pani w informacji na dworcu nie mówi w cywilizowanych językach, dobrze, że zrozumiała "eurolines" i pokazała kierunek (jedyny z możliwych - trudno się było domyślić). Zdążyliśmy bez problemu, Stiopa się usadowił, autobus ruszył (teraz pewnie kołuje po dworcu w Krakowie), a ja do metra i przed 7.00 byłam w domu. A na dworze ciągle było ciemno... No to położyłam się spać i drugi raz przywitałam dzień w południe. Znów zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i spadam na te zakupy, bo bigos się sam nie zrobi ;)

Wczoraj wyczytałam na gazecie.pl, że w Budapeszcie były jakieś zamieszki, 19 osób rannych, w tym 14 policjantów, płonące barykady z samochodów itp... No cóż, wiem, że w operze przemawiał nie bardzo lubiany przez prawicowców premier Ferenc Gyurcsány i że operę obstawiały uzbrojone po zęby oddziały policji (Joana z Vanią poszły popatrzeć). Latały helikoptery, policjanci pilnowali opery - lekko znudzeni uśmiechali się do turystek ;), no i tyle. Dziewczyny też znudzone wróciły do domu. A tu w polskim internecie takie niusy. Mieszkamy naprawdę blisko tej opery, w samym centrum i jedyny ślad jakiegoś poruszenia to kilka chyba pijanych głosów w nocy za oknem (kto tam wie, kiedy Węgrzy są pijani, skoro i tak mówią tak dziwacznie nawet na trzeźwo) i we wtorek ludzie przechodzący ulicą z flagami Węgier, ale zwiniętymi, grzecznie wciśniętymi pod pachę. Nie oglądam tévé, nie czytam nawet nagłówków gazet, ale mam wrażenie, że media nieco deformują fakty...


* taka węgierska piosenka dla samobójców - można posłuchać tu
** po węgiersku köhögés

22 października 2007

traktat o gniciu

Dopadł nas jesienny bakcyl. To znaczy najpierw dopadł mnie, a następnie sprzedałam go Stiopie... Z tym, że - jak wiadomo - kobiety są silniejsze i mi przeszło po 2 polopirynach C i saunie pod kołdrą przez 1 noc, Stiopa poci się już ponad dobę, wyczerpał zapasy aspiryny, kończy się polopiryna, został tylko scorbolamid i cerutin. A tu święto narodowe, we wtorek rocznica wybuchu powstania przeciw ZSRR w 1956 (23.10.), no i poniedziałek też wolny, normalnie długi weekend sobie zrobili - a apteki pozamykane... Mimo to chyba udało się opanować dramatyczną sytuację przy pomocy dostępnych środków farmakologicznych oraz herbaty malinowej z sokiem malinowym lub z czarnego bzu. No ale z gorączką czy bez i tak gnijemy w domu. Mnie to już zaczyna męczyć. Ileż można?! Ja już tylko kaszlę jak rasowy gruźlik, pewnie jeszcze z miesiąc tak będę, ale myślę, że jestem już w stanie wyleźć spod kołdry, ba!, nawet wyjść z domu. Co zresztą od czwartku uskuteczniałam. Plan zwiedzania Budapesztu z Piotrkiem, Magdą i Stiopą był dość napięty ;) a po drodze jeszcze dzika erasmusowa impreza w domu (dlatego 2/3 gości tę noc spędziło w hotelu). No to tak, zaczęliśmy w czwartek od Parlamentu i węgierskiego obiadu. Okazuje się, że wcale nie tak łatwo znaleźć lokalną kuchnię w centrum stolicy, a jak już się udało, to się okazało, że mało światowa z nas klientela ;) no cóż, nie zauważyliśmy sztućców do przystawki, nie wspominając już o wątpliwościach serwetkowych. No, ale przynajmniej hojności nie można nam odmówić - mimo że do rachunku doliczony był "serwis' (ponad 1200 HUF), mój brat postanowił dać napiwek wysokości - UWAGA- 100 HUF (jakieś 1,5 PLN). Ale nie da się ukryć, galuszki były pycha! Tylko nie wiedzieć czemu dania wegetariańskie jakby w mniejszych porcjach - ale może to po prostu postura Stiopy zasugerowała szefowi kuchni ilość brokułów na jego [Stiopy, nie szefa kuchni] talerzu?

[Właśnie strąciłam z biurka szklankę i mam pełno szkła w kapciach, w związku z tym ledwo żywy Stiopa pobiegł po odkurzacz... A tak w ogóle to nie pierwsza moja zbita szklanka dzisiaj, ale o tym ciiiiiiiii...]

No, to w piątek Magda z Piotrkiem zaczęli zwiedzanie wcześniej niż my ze Stiopą, gdyż ponieważ my musieliśmy torować sobie drogę do kuchni i łazienki przez poimprezowe sterty kubków, butelek, potłuczonego szkła i tym podobnych... No, ale w końcu się udało i połączyliśmy siły na wzgórzu zamkowym. Wiało nieprzeciętnie, jak na dworcu w Kieleckiem. Jakoś jednak dotarliśmy do Muzeum Narodowego i nawet do hali targowej z papryką, tokajem, papryką i papryką. W sobotę pojechaliśmy do Szentendre i Wyszehradu. Wieczorem państwo N. pojechali do Wiednia, a my zaczęliśmy powoli gnić. W niedzielę udało mi się jeszcze zaciągnąć Stiopę do ambasady RP, żeby potrzymał mnie za rękę, jak będę skreślać nowe władze i do muzeum sztuki współczesnej na wystawę, którą powinnam już prawie miesiąc temu obejrzeć w ramach zajęć z filmu. Wystawa całkiem fajna, szczególnie część poświęcona rewolucji. A po wystawie okazało się, że sprzedałam bakcyla Stiopie i biegiem do domu, wziąć aspirynę i pod kołdrę... No i od temtej pory zmieniło się tyle, że PiS już nie rządzi w Polsce (podobno).

A a propos głosowania - podaję panu z komisji dowód osobisty, pan sobie czyta, że mieszkam w Waldenburgu i pyta: "Wałbrzych, Wałbrzych... to tam mieszka Olga Tokarczuk?". Ja mu na to, że o ile mi wiadomo, mieszka w Krajanowie, niedaleko Wałbrzycha, ale dużo ładniej. Ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam na czole napisu "interesuje się współczesną literaturą polską" albo "studentka krytyki literackiej" czy też "polonistka". Moje lustereczko mówi, że niczego takiego na twarzy nie mam, ale nie mówi też, że jestem najpiękniejsza na świecie, więc mu nie do końca wierzę... Swoją drogą zabawne, że pan zapytał o polską pisarkę, kiedy brałam od niego kartę, żeby skreślić inną polską pisarkę...

21 października 2007

ogłoszenie specjalne

Odzyskałam już głos, teraz mam kaszel jak rasowy gruźlik... Zakładam na nogi specjalne skarpety do spania, które dotarły do mnie razem z pomocą humanitarną z Kraju, i pod kołdrę... jesień... ble


A może jeszcze herbata malinowa? (też z "paczek")

20 października 2007

przerwa techniczna

Ogłaszam chwilową przerwę w nadawaniu spowodowaną najazdem gości z Polski. Opiszę wszystko z detalami jak już sobie pojadą ;) A poza tym to straciłam głos i się nie odzywam... bu

15 października 2007

Koszyce i Tokaj

A dla Węgrów Kassa ès Tokaj... Te mocarstwowe przyzwyczajenia, Wielkie Węgry i tak dalej. Jakoś nie mogą przyjąć do wiadomości, że to już nie Węgry, a Słowacja. Z tym, że wciąż spora mniejszość węgierska tam mieszka. W katedrze na własne uszy słyszałam kawałek kazania po węgiersku. Chociaż na Słowacji nacjonaliści nie śpią i można dostać w twarz za mówienie po madziarsku... Poza tym sporo Słowaków z tamtych stron rozumie węgierski, ale nie chce w tym języku mówić - za to dobrze wiedzą, co mówią do siebie byli "okupanci". Zresztą nie wiem dokładnie, jak wygląda sytuacja, ale jest jakiś konflikt dyplomatyczny na linii Budapeszt-Bratysława związany właśnie z historią tych przygranicznych terenów, używaniem języka węgierskiego i sprawą pobicia pewnej dziewczyny na Słowacji... No dobra, my sobie pooglądaliśmy miasteczko. Niby 200 tyś. mieszkańców, ale wydaje się, że to mała prowincjonalna mieścina. Na Słowacji pewnie słowo "metropolia" ma nieco inne znaczenie. Ale samo centrum śliczne.


z widokiem na teatr ;)


katedra w Koszycach

Nie ma to jednak jak doskonała organizacja wycieczki ;) Aż tak to nawet 2Wrocław Team nigdy nie improwizuje. A przynajmniej nikt tego nie zauważa do tego stopnia. Węgierska specjalność to czekanie i łażenie bez celu (no dobra, w poszukiwaniu świątyni rozrywki = knajpy zdolnej pomieścić 40 żądnych zabawy erasmusów). Ech, czy naprawdę trzeba było marznąć 1,5h, żeby w końcu pojechać taksówką (za 80 słowackich koron - podzielić przez 4 os w taksówce = cena biletu autobusowego...) do centrum i znaleźć paskudną dyskotekę. Po dwóch drinach i piwie mogę bawić się do każdej muzyki - jak się okazało ;) Do 4:oo... a pobudka o 8:00 to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej... Uratowało mnie kilka godzin drzemki w autobusie. Z przerwą na zobaczenie zamku w Krasnej Horce (niestety do środka nas już nie wpuścili, bo przyjechaliśmy za późno...)


zamek w Krasnej Horce

A później dotarliśmy (spóźnieni) do Tokaju. Najpierw kolacja i degustacja wina... Oryginalny gulasz nieco się różni od tego, co pod tą nazwą znamy w Polsce ;) Tutejszy gulasz to właściwie zupa z mięsa i ziemniaków... Do tego chleb. No i 6 gatunków Tokaja. Od wytrawnego po obrzydliwie słodkie. Po kolacji zakupy w sklepie otworzonym przez właścicieli specjalnie dla nas... A wieczorem... tańce ;)

degustacja

Rano pooglądaliśmy Tokaj (też mała mieścina) i z powrotem do Budapesztu...
w muzeum w Tokaju

A tymczasem 11.10. ogłoszono, kto dostał literacką nagrodę Nobla... No to sobie czytam, jedząc własnoręcznie ugotowaną kartoflankę z zielonym ogórkiem i koperkiem, o pani Doris Lessing...
A na początku miesiąca nagrodę Fundacji im.Kościelskich zgarnął Mikołaj Łoziński za "Riesefieber". Może warto by poczytać? ;)


PS. Reszta zdjęć w galerii.


10 października 2007

pobite gary

Nie no, nic się nie pobiło (choć było blisko...), ale poszło o gary właśnie. I o "trudne" charaktery. A może o zbyt wybujały egotyzm. No cóż, niektórzy lubią być w centrum uwagi... W każdym razie pierwszy konflikt już zażegnany. Mini kłótnia o to, że Kati nie myje naczyń po wszystkich (mimo że trzy pozostałe współlokatorki myją wszystko, jak leci) zaowocowała poczuciem, że "one mnie nie lubią". Co za przedszkole. A niby tylko 3 lata młodsza ;) No nic, kazałam Kati porozmawiać z dziewczynami, skoro twierdzi, że jej n i e n a w i d z ą. O jej argumentach na poparcie tej tezy nie będę wspominać, bo są wprost żenujące, podsumuję jednym słowem - żenua! (sorry za pleonazm ;) Łzy już otarte, sprawa wyjaśniona. A ja, jako zwierzątko niekłótliwe, lubiące siedzieć w swojej norze [zostałam nornicą, tylko nocami wybywam z nory...], postanowiłam złagodzić sytuację za pomocą pozytywnych reggae wibracji (Izrael) i makaronu ze szpinakiem. Pomogło. No i ja już się przestaję dziwić, jak inni się dziwią, że same dziewczyny w mieszkaniu, a się nie biją (to o Uniwersyteckiej, zanim wprowadził się element męski). Współlokatorki należy starannie dobrać pod względem charakterologicznym, uwzględnić porę snu i posiłków oraz gust muzyczny... Tutaj nie było czasu na rozpoznanie ;)

W ogóle jakieś dziwy się tu dzieją - Vanii zginęło z dysku kilka GB muzyki... Ktoś schował wino do zamrażalnika i ciśnienie wywaliło korek, wszystko w środku jest zlepione zamarzniętym tokajem.

A mnie ciągle ktoś pyta o drogę. Wiecznie spotykam pod synagogą jakichś - tak myślę - amerykańskich Żydów. Co drugi wygląda trochę jak Woody Allen ;) No i oni się wiecznie upierają, żeby zapytać akurat mnie i akurat po węgiersku. A że mówią w tym języku mniej więcej na takim poziomie jak ja, to pół godziny coś sylabizują i jak już myślą, że osiągnęli szczyt lingwistycznego wyrafinowania i misja zakończy się sukcesem, słyszą w odpowiedzi "I don't speak Hungarian.". A zwykle i tak pytają o Dunaj (który nota bene lekko zakręca i spod synagogi można dojść do rzeki, idąc w dwóch różnych kierunkach...). No cóż, mieszkam w dawnym budapeszteńskim getcie. Ciekawa okolica: koszerne sklepy, napisy po hebrajsku... I tłumy turystów.

Aaa, no i sprawdziłam, gdzie jest Plac Broni z tytułu Molnara. I co? I po węgiersku to nawet nie jest plac. To ulica. Pál utca - ulica Pawła. A oryginalny tytuł powieści brzmi "A Pál utcai fiúk" - chłopcy z ulicy Pawła. Ulica podobno przylega do placu - może tłumaczka bardziej lubi place... A ta ulica jest całkiem niedaleko stąd, kiedyś się tam wybiorę :P Wczoraj zabłądziłam już na ulicę Molnara, celem dorwania miesięcznika "Dialog" nr 2 z roku 1982 w bibliotece, o której już donosiłam. A w "Dialogu" dramat Różewicza pt."Pułapka". Mocna rzecz. Ale ja nie o tym. Otóż, żeby zapisać się do obcojęzycznej biblioteki, trzeba przyjść z rodowitym Węgrem/Węgierką. Hmm... A za jednorazowe wejście zapłacić 500 HUF. Ech, co za los... A później jeszcze przeczytałam maila od prowadzącego seminarium, że zajęcia przenosimy na następny tydzień.

No, i dostałam dzisiaj niespodziewankę od Nadwornego Reportera. Ta-dam:




8 października 2007

dzisiaj

Dzisiaj zapłaciłam za wycieczkę do słowackich Koszyc i węgierskiego Tokaju. Jadę w piątek. Poza tym ledwo wstałam na zajęcia, bo w nocy czytałam do późna streszczenie "Chłopów" (ja wiedziałam, że kara mnie nie ominie... wszystkie odpuszczone na studiach lektury wracają w kolejnych semestrach. No ale kto by się spodziewał powrotu Młodej Polski, jak ma się w indeksie 'bdb' za znajomość współczesnej polskiej literatury?!) Jednak opłacało się wstać, dostałam ksero istotnego artykułu o "bruLionie", napisanego z okazji 20. rocznicy wydania pierwszego numeru...
A teraz coś z zupełnie innej beczki: z serii "aga po drugiej stronie lustra" czeka mnie (i resztę rodaków) zorganizowanie 'polish party' - super, nie?
Aaa, poszłam dziś do Instytutu Polskiego, bo w końcu trzeba zacząć czytać lektury. I co? I biblioteka nieczynna w tym tygodniu... Jutro idę zobaczyć, co tam słychać w bibliotece Gorkiego (już od dawna się tak nie nazywa, kto by chciał mieć w swoim mieście bibliotekę dedykowaną ojcu-założycielowi socrealizmu? Ale jakoś tak łatwiej i krócej użyć tego nazwiska niż opisywać, co to za biblioteka*). I refleksja na koniec - ten Budapeszt coś się kurczy, jeśli przemierza się go na piechotę, gadając przy tym o wszystkim i niczym, a głównie o życiu erasmusów w wielkim mieście...





* Nic dziwnego, że Węgrzy chcą zapomnieć, kto i dlaczego tak tę instytucję nazwał... Powstała w 1956 roku jako biblioteka z literaturą radziecką. Później dołączyły zbiory w innych językach. A mieści się na ulicy Molnara, jednego z niewielu węgierskich twórców, o których w ogóle słyszałam i jedynego, którego dzieło znam. ;)

reggae ryby

Ryby mają głos Jac Po mix -- studnia org pl

7 października 2007

śniadanie miś-trzów

nie ma to jak porządne niedzielne śniadanie w domowej atmosferze, szczególnie takie jedzone po 16.00 ;-) a wcześniej wycieczka do sklepu...w piżamach :-D to akurat wpływ grupy rówieśniczej - sama na to nie wpadłam!

5 października 2007

after party

no to po imprezie... pierwszej i mam nadzieję, że ostatniej w takim tłumie... no cóż, widocznie impreza była niezła, skoro znalazło się tylu nieproszonych gości, sami autochtoni... a może Węgrzy tak już mają, hmm
no tak czy inaczej o 16 ostatecznie opuściłyśmy z Vanią nasze norki i zabrałyśmy się za sprzątanie i mimo nierównych sił odniosłyśmy druzgocące zwycięstwo nad syfem!! - prawie 1,5h później wszystko lśni (no dobra, po prostu się nie klei), a w domu roznosi się rozkoszny zapach chloru... Tylko umywalka w łazience odmawia wypuszczania wody do rury, widocznie mają się ku sobie. Vania zaliczyła dwie kontuzje w trakcie sprzątania, dobrze, że nie straciła palca (kto wymyślił teleskopowe rury w odkurzaczu, które znienacka się składają, przycinając palce?!)


na pierwszym planie Vania, dalej przyjaciele i znajomi królika...

PS Dla wtajemniczonych - ktoś oprócz mnie widział mieszkanie na Antoniego po sylwestrze? dzisiaj nasze wyglądało podobnie :D

4 października 2007

sorry, no photos

Dzisiaj są urodziny Vanii - wieczorem impreza ;) a wcześniej zakupy... wybrałyśmy się do tesco, bo to nie tylko zakupy imprezowe, ale też racje żywnościowe na jakiś czas i inne tam takie płyny i proszki. No i wychodząc z domu wzięłam ze sobą aparat, bo pomyślałam, że to może zabawnie wyglądać: my cztery i walizka, która miała pełnić rolę wózka na zakupy. Swoją drogą paradowanie po markecie z walizą też było zabawne, ale same zakupy już mniej. Nie zdawałam sobie sprawy, że to może ludzi tak stresować - dziewczyny mało się nie pogryzły o kierunek zwiedzania tesco! heh, no ja i Vania miałyśmy raczej głupawkę z tej okazji... Ale nic to. Narobiłyśmy tych zakupów, płacimy i pakujemy - no dobra, trochę wstrzymałyśmy ruch w jednej z kas ;) No i pakujemy i pakujemy, oczywiście w walizce wcale nie mieści się tak dużo, jak nam się wydawało. Drogą selekcji wg klucza: ciężkie/lekkie ciężkie zapakowałyśmy do walizy, resztę w siaty i do metra... No i przestało być zabawnie, nie miałam ani siły, ani nawet możliwości robić zdjęć... Po drodze Kati musiała nas opuścić i biec na zajęcia, już zresztą spóźniona, więc my trzy, walizka, siaty i siatki udałyśmy się do domu - droga z Blaha Lujza tér trochę nam się rozciągnęła... Ręce chyba też. No i ten remont na naszej ulicy to już po prostu przegięcie. bu!

3 października 2007

zdjęcie tytułowe ;)

chyba już nic dopisywać nie trzeba, co? ;)