10 października 2007

pobite gary

Nie no, nic się nie pobiło (choć było blisko...), ale poszło o gary właśnie. I o "trudne" charaktery. A może o zbyt wybujały egotyzm. No cóż, niektórzy lubią być w centrum uwagi... W każdym razie pierwszy konflikt już zażegnany. Mini kłótnia o to, że Kati nie myje naczyń po wszystkich (mimo że trzy pozostałe współlokatorki myją wszystko, jak leci) zaowocowała poczuciem, że "one mnie nie lubią". Co za przedszkole. A niby tylko 3 lata młodsza ;) No nic, kazałam Kati porozmawiać z dziewczynami, skoro twierdzi, że jej n i e n a w i d z ą. O jej argumentach na poparcie tej tezy nie będę wspominać, bo są wprost żenujące, podsumuję jednym słowem - żenua! (sorry za pleonazm ;) Łzy już otarte, sprawa wyjaśniona. A ja, jako zwierzątko niekłótliwe, lubiące siedzieć w swojej norze [zostałam nornicą, tylko nocami wybywam z nory...], postanowiłam złagodzić sytuację za pomocą pozytywnych reggae wibracji (Izrael) i makaronu ze szpinakiem. Pomogło. No i ja już się przestaję dziwić, jak inni się dziwią, że same dziewczyny w mieszkaniu, a się nie biją (to o Uniwersyteckiej, zanim wprowadził się element męski). Współlokatorki należy starannie dobrać pod względem charakterologicznym, uwzględnić porę snu i posiłków oraz gust muzyczny... Tutaj nie było czasu na rozpoznanie ;)

W ogóle jakieś dziwy się tu dzieją - Vanii zginęło z dysku kilka GB muzyki... Ktoś schował wino do zamrażalnika i ciśnienie wywaliło korek, wszystko w środku jest zlepione zamarzniętym tokajem.

A mnie ciągle ktoś pyta o drogę. Wiecznie spotykam pod synagogą jakichś - tak myślę - amerykańskich Żydów. Co drugi wygląda trochę jak Woody Allen ;) No i oni się wiecznie upierają, żeby zapytać akurat mnie i akurat po węgiersku. A że mówią w tym języku mniej więcej na takim poziomie jak ja, to pół godziny coś sylabizują i jak już myślą, że osiągnęli szczyt lingwistycznego wyrafinowania i misja zakończy się sukcesem, słyszą w odpowiedzi "I don't speak Hungarian.". A zwykle i tak pytają o Dunaj (który nota bene lekko zakręca i spod synagogi można dojść do rzeki, idąc w dwóch różnych kierunkach...). No cóż, mieszkam w dawnym budapeszteńskim getcie. Ciekawa okolica: koszerne sklepy, napisy po hebrajsku... I tłumy turystów.

Aaa, no i sprawdziłam, gdzie jest Plac Broni z tytułu Molnara. I co? I po węgiersku to nawet nie jest plac. To ulica. Pál utca - ulica Pawła. A oryginalny tytuł powieści brzmi "A Pál utcai fiúk" - chłopcy z ulicy Pawła. Ulica podobno przylega do placu - może tłumaczka bardziej lubi place... A ta ulica jest całkiem niedaleko stąd, kiedyś się tam wybiorę :P Wczoraj zabłądziłam już na ulicę Molnara, celem dorwania miesięcznika "Dialog" nr 2 z roku 1982 w bibliotece, o której już donosiłam. A w "Dialogu" dramat Różewicza pt."Pułapka". Mocna rzecz. Ale ja nie o tym. Otóż, żeby zapisać się do obcojęzycznej biblioteki, trzeba przyjść z rodowitym Węgrem/Węgierką. Hmm... A za jednorazowe wejście zapłacić 500 HUF. Ech, co za los... A później jeszcze przeczytałam maila od prowadzącego seminarium, że zajęcia przenosimy na następny tydzień.

No, i dostałam dzisiaj niespodziewankę od Nadwornego Reportera. Ta-dam:




8 komentarzy:

Fotoblog bez ani jednego zdjęcia pisze...

A tego Tokaja da się zeskrobać?

Oliwia J. pisze...

hahahaha świetne foto :D
Nie martw się, mnie też co rusz ktoś o coś pyta i w ogóle mnie ludzie w tramwaju zagadują. Albo się nauczymy węgierskiego albo będziemy udawać, że takie z nas świnie, że nie odpowiemy :P

Anonimowy pisze...

Jak byłem młody (a nawet bardzo młody i nie byłem jeszcze Murzynem grającym w kosza) dużą popularnością cieszył się pewien program kabaretu Tey - "Z tyłu sklepu". No właśnie tam znalazł się skrócony kurs węgierskiego, pamiętam ten tekst do dzisiaj. Podobno otwiera wszystkie drzwi.:) Nie sprawdzałem, więc nie ręczę.
Buziaki!
Kosiu

Anonimowy pisze...

Jakby ktoś chciał się nauczyć tego zwrotu (podobno) po węgiersku, to można go znaleźć tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=QVeFAR5wWhk

aga pisze...

Ciągle jestem młoda ( i już na zawsze planuję taką pozostać), ale też pamiętam ten skecz... Z tym, że jeszcze nie próbowałam tu kupić buraków - bo coś mi się zdaje, że chodzi o frazę "egeszegerege buroki" (czy coś w tym stylu...). Ale w związku z tym, że Vania prosiła mnie o ugotowanie czegoś typowo polskiego, to tak sobie myślę: może barszcz ukraiński? ;)

Anonimowy pisze...

Hmm, hmm...:)
Pisalem o zamierzchłej młodości w kontekście powstania tego skeczu. Jeśli się nie mylę, był to 1979 albo 1980 rok (czyli tekst z "Misia" o Murzynie dokładnie z tego samego okresu).
A sam zwrot zawiera prawdziwe węgierskie wyrażenia ypu "na zdrowie" itp, no oczywiście z wyjatkiem "buraków".;-)
Kosiu
P.S. Czy tak oficjalnie mogę tutaj pisać "Buziaki!" czy tylko na privie?;-)))

aga pisze...

no tak, tak - ja pamiętam skecz z licznych powtórek w tv, rok produkcji (mnie) wyraźnie wskazuje na to, że nie mogę znać "Z tyłu sklepu" z 1979 roku :P
hmm, czy tam faktycznie pojawia się wyrażenie "egesegedre"? (węgr. "na zdrowie") - muszę się przysłuchać ;)

A co do buziaków - możesz oficjalnie :D

Anonimowy pisze...

No to buziaki!:)
Miłych snów wśród papryki!
K. Anonim