29 listopada 2007

mam stypendium, mam stypendium, na na na na

W związku ze skargami rzeszy wiernych czytelników postanowiłam w końcu coś napisać. ;-) Znów mam gościa, ale ten to siedzi cichutko w kąciku i sobie grzecznie czyta ( w związku z czym nie muszę ogłaszać przerwy technicznej vol.3). A do tego przywiózł mi 6 wielkich pierogów ruskich i żołądkową gorzką - jestem w pełni usatysfakcjonowana :D (Marek zresztą też, a to za sprawą biblioteki Central European University). A tak poza tym to spotkała mnie dzisiaj miła niespodzianka, a może nawet i dwie. Pierwszą odkryłam sprawdzając rano stan swojego konta - zalogowałam się na stronie banku i oczom nie wierzę - Uniwersytet Wrocławski stwierdził, że jestem dla nich tak cenną studentką, że postanowili mi trochę płacić za to, że tak mnie męczą już piąty rok! ;-) Innymi słowy, dostałam stypendium naukowe. (No dobra, po cichu na to liczyłam, ale spes saepe fallit - czego dowiedziałam się na pierwszej w życiu lekcji łaciny.)
Poza tym odkryłam kolejnego interesującego poetę. Trochę starszy niż moi ulubieni bruLioniści i roczniki siedemdziesiąte, ale też ciekawy. Ten pan to Lőrinc Szabó. A odkryłam "ucząc się" do "egzaminu", heh...
A poza tym, to wszystkie znów jesteśmy "bogate" i nasza lodówka przestała być terrarium. Ha! Wygląda jak normalna lodówka - tzn w środku znajduje się... ŻYWNOŚĆ.

22 listopada 2007

sesja idzie...

Sesja, jakiej nie doświadczyłam przez 8 semestrów studiów - nie dość, że 10.12. będzie po wszystkim, to jeszcze mam aż 3 "egzaminy", z czego jeden to test wyboru (język węgierski), drugi to rozmowa nt. literatury polskiej w Młodej Polsce i dwudziestoleciu międzywojennym (co mi się podobało i dlaczego? :D:D:D - kwestia wielce ambitna dla przyszłej dyplomowanej pani krytyk) oraz zaliczenie ustne z przedmiotu o wdzięcznej nazwie "Polsko-węgierskie wpływy literackie" (na podstawie aż 2 książek, z czego jedna jest antologią przekładów* poezji węgierskiej). Temat wydał mi się naprawdę interesujący, szczególnie, że dotąd znam aż 2 piszących Węgrów, z czego pierwszy to Ferenc Molnár (płakaliście po Nemeczku?), a drugi to noblista sprzed pięciu lat, Imre Kertesz. Szkoda tylko, że te kilka miesięcy w stolicy Madziarorszagu nic nie wniosły w moją dotychczasową znajomość literatury węgierskiej. No dobra, znam kilka nazwisk więcej, i to tyle. A dlaczego tak? Bo zajęć po prostu nie było! Do tego umawiałam się na pracę zaliczeniową, a na wczorajszych konsultacjach okazało się, że może jednak zaliczenie ustne, co? I do tego tydzień przed końcem semestru. No dobra, w końcu to erasmus a nie stypendium naukowe na Sorbonie. A poza tym wiadomo, że na obcych filologiach prym wiedzie językoznawstwo. Literatura to tylko ukłon w stronę poszerzania humanistycznych horyzontów.
Semestr się powoli zaczyna kończyć i to tak chyba nastraja do robienia pewnych podsumowań. Trochę zabawne, a trochę dziwne to przyspieszenie, bo planuję wrócić do rzeczywistości w okolicach początku lutego. Z drugiej strony na erasmusie czas biegnie inaczej, szybciej. Jestem tu już prawie 3 miesiące i ten czas postrzegam jakoś tak dwutorowo, z jednej strony czuję, że to bardzo mało, z drugiej wydarzyło się tak wiele w tym krótkim czasie, że można by tymi zdarzeniami obdzielić ze 2 razy tyle miesięcy. Ten czas to dużo i mało jednocześnie. Krótko, ale intensywnie - może tak. Co jakiś czas słyszę pytanie, czy nie chciałabym zostać na kolejny semestr. Chyba nie. Może i nie zobaczyłam jeszcze wszystkiego, co Budapeszt może mi zaoferować, nie poznałam wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale myślę, że semestr to tak w sam raz, żeby doświadczyć, czym jest erasmus. To jest jakiś czas magiczny, jak karnawał. Nikt nie żyje w taki sam sposób, w jaki żył dotychczas. Ciekawe, jak będzie po powrocie. Dla mnie te kilka miesięcy to wystarczająco dużo czasu. Oczywiste, że zostali w Polsce ludzie, miejsca i nawet rzeczy, za którymi tęsknię i chociażby dlatego nie chcę zostawać tu przez kolejne miesiące. We Wrocławiu będę pewnie trochę tęsknić za ludźmi i miejscami "stąd" (o ile są miejsca skądś...). Za miejscami "oswojonymi", chociażby za Szimplą czy West Balkan ;-). Ach, zapomniałabym - in plus muszę policzyć swoją nową fascynację filmową. Zauroczył mnie Béla Tarr, a szczególnie jego "Harmonie Werckmeistera" (Werckmeister harmóniák). Może później coś skrobnę o samym filmie, zobaczymy...

* Wiersze 13 węgierskich poetów mam w przekładzie Bohdana Zadury (cytowany tutaj wiersz Jurija Andruchowycza też przełożył Zadura). Co ciekawe, Zadura nie zna węgierskiego :D Stosuje tzw. przekład filologiczny (coś a la zabawy językowe ze słownikiem, tak jakby tłumaczyć każde słowo za pomocą e-bratanków, a później układać je w nowy wiersz). Ciekawe, czy zna ukraiński?

19 listopada 2007

hardcore'owe dziadki ;-)

Ha, większość gości w niedziele pojechała do domu, to się z Saszą i Zosią poszliśmy ukulturalniać - już bez ryzyka, że ktoś Basi torebki nie odda*, z tej prostej przyczyny, że nie było z nami Basi ;-) wybraliśmy się do Muzeum Sztuk Pięknych na wystawę prac Picasso, Klee i Kandinskiego. Wystawa jak wystawa, bez fajerwerków, ale zobaczyć było warto. Natomiast wieczorem wybraliśmy się na koncert legendy kanadyjskiego undergroundu ;-) - dobra, poszliśmy na NoMeansNo. "Chłopaki" mają już chyba po sto lat, ale z grania hc jeszcze nie wyrośli. Za to wiedzą, jak rozbawić publiczność. No i support też świetny, też hc i też z Kanady - Invasives.

W ogóle zamiłowanie do jazdy na krawędzi nie wyszło mi tego dnia na dobre :D Miałam bliższy niż zwykle kontakt ze słynnymi kontrolerami w budapeszteńskim metrze. Tak to jest, jak się kusi los. Raz mi się udało i mimo nieważnej już od piątku legitymacji, nie dostałam żadnego świstka papieru, tylko przejechaliśmy naszą stację przez panie kontrolerki (które uparły się szukać w moim polskim dowodzie osobistym węgierskiego adresu...). Niestety później już się nie udało... Linia żłóta była ok, niebieska już mniej - 2500 HUF za to, że miałam ważny bilet studencki i nieważną legitymację (straciła ważność w piątek, mandat dostałam w niedzielę...). Ciekawe było to, że pan kontroler uparł się, że nr mojego dowodu to moja data urodzenia (ciekawym zbiegiem okoliczności faktycznie nr dowodu zaczyna się od 84, ale musiałabym się urodzić 50. dnia 71. miesiąca...). No cóż, przynajmniej załatwiłam sobie dzisiaj nową legitymację. I po raz kolejny na poczcie, gdzie za nią płaciłam, pan z okienka mówił do mnie po polsku "dzień dobry, cześć, dziękuję, do widzenia".

*Wracając do Basi i jej torebki. W czwartek wybraliśmy się do Galerii Narodowej w Zamku w Budzie. Kulturalnie wzięłam z kasy bilet za 0HUF na 7 osób, poszliśmy do szatni zostawić kurteczki i pchamy się na górę. Ale nie, okazało się, że mamy za duże torby/plecaki i trzeba je też zostawić w szatni. Pani szatniarka uznała to za nietakt i postanowiła o tym wszystkich poinformować, gderając coś pod nosem po węgiersku oczywiście. No ale nic to, poszliśmy zwiedzać. Po niedługim czasie dostaliśmy oczopląsu i stwierdziliśmy, że starczy nam już tej kultury. Ale pani z szatni zrobiła Basi psikusa. Oddała nam kurtki i torby, a Basi zabrała numerek, dała kurtkę i koniec. Zajęła się innym klientem. I nie rozumiała, że Basia prosi ją jeszcze o podanie swojej torebki. Całe szczęście inni klienci byli przynajmniej dwujęzyczni i pomagali nam, tłumacząc. Niestety, żeby impuls od ucha do mózgu tej pani mógł swobodnie przebiec po jej neuronach, nie wystarczyła znajomość języka, którym się owa szatniarka posługiwała. Uparła się, że Basia ma jej dać numerek (który już jej dała), bo ludzie mówią, że nie mają, a po minucie znajdują i na pewno teraz też tak jest. Po jakimś kwadransie pertraktacji postanowiła oddać Basi jakiś plecak, nie nasz w każdym razie. I na stwierdzenie, że nam chodzi o tę torbę obok, znów coś zaczęła marudzić. Oddała ją w końcu i pokazała gestem dłoni, że nie ma ochoty dłużej nas oglądać, więc może byśmy tak uprzejmie skierowali się w stronę wyjścia...

Torebka i jej brak to był jakiś leitmotiv tej wycieczki, dzień później Agata zostawiła swoją w kínai büfé, gdzie jedliśmy obiad. Całe szczęście zorientowała się jakąś minutę po wyjściu i nawet nic nie zdążyło z niej zniknąć.

A poza tym, nie ma to jak poznawanie nowych smaków. I nie chodzi mi o oryginalne lokalne dania w restauracjach. Nie. Chodzi mi o to, że Węgrzy kładą w sklepowych lodówkach mrożony szpinak obok mrożonego szczawiu, a kto by brał na zakupy słownik. No i kupiliśmy sobie taki trochę dziwny szpinak, ale dowiedzieliśmy się o tym w domu, podczas gotowania makaronu ze "szpinakiem", który okazał się szczawiem. Dobrze, że przynajmniej było to jadalne. No i nie takie całkiem złe, tyle, że kwaśne.

Over, chyba, że mi się coś przypomni...

17 listopada 2007

przerwa techniczna vol.2

Kolejni goście z Polski spowodowali przerwę w nadawaniu na blogu, co najmniej do niedzieli... Ale przygody były, więc wkrótce postaram się opisać wszystko ze szczegółami.

14 listopada 2007

proces kawki

Wstałam rano, poszłam do łazienki, po umyciu siebie umyłam też wannę, umywalkę i podłogę. Zrobiłam sobie śniadanie, zjadłam przy komputerze. Poszłam do kuchni, zrobiłam sobie pyszne esspresso w małej filiżance, z delikatną brązową pianką, mmm, pycha! Wypiłam kawę i od razu przybyło mi energii. Zabrałam się za sprzątanie - odkurzacz, ścieranie kurzu z szafek, wietrzenie pokoju. I w trakcie tych czynności dzwonek do drzwi odezwał się raczej dość nerwowo, niepokojąco. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam dwóch mężczyzn z jakimiś papierami, przywitali się grzecznie i zaczęli o coś pytać po węgiersku. Miałam więc okazję po raz kolejny użyć swojego ulubionego zdania: Nem beszélek magyarul. Ze swojego pokoju wyszła jednak Kate i panowie mieli z kim nawiązać kontakt. Okazało się, że poszukiwali jakiejś firmy, której to pożyczyli ekspres do kawy, na co mają papiery. Oczywiste, że firma nie mieści się w tym lokalu, ale mieszkamy tu od niedawna, może sąsiedzi wiedzą. Zadzwonili więc do drzwi naprzeciw, a my wróciłyśmy do swoich zajęć. Za jakieś 10 minut kolejny dzwonek do naszych drzwi oderwał mnie od porządków. Tym razem było to tych samych dwóch panów i grandma, czyli bardzo sympatyczna matka właścicielki mieszkania. Weszli do środka, a ja zrozumiałam tylko tyle, że babcia prosi, żeby zawołać Kate, coby się mogła z kimś dogadać. Otóż - panowie przyszli po NASZ ekspres. Moja poranna kawa okazała się moją ostatnią...

PS Żeby było zabawniej, w poniedziałek kupiłam 1 kg kawy w ziarnach, do naszej kochanej maszyny. Teraz sobie chyba pogryziemy nasiona kawy...

12 listopada 2007

gwałtu, rety! co się dzieje?!



Na zdjęciu dwie z trzech sprawczyń dzisiejszego zamieszania. Trzecia to ja... Otóż, wróciłam z zajęć, wypiłam kawę, postanowiłam pójść z Vanią na zakupy. Nie zdążyłam rano umyć głowy, więc postanowiłam zrobić to przed wyjściem - nie wyjdę przecież z mokrą głową, więc postanowiłam użyć suszary. A że prowadziłam właśnie wielce istotny dialog na gg, przyniosłam suszarkę do jaskini i usiłowałam włożyć wtyczkę do gniazdka. Próbę wciśnięcia kabla do kontaktu skutecznie uniemożliwiło mi dość głośne "bum!", mniej głośne "pssssyt" i najbardziej spektakularny efekt moich czynności - iskry, blask i w efekcie okopcone gniazdko... Dość głośnemu "bum!" towarzyszył pisk laptopa oznajmiający mi, że oto właśnie przestał być zasilany z kabla i jedzie na rezerwie z bateryjki... Wywaliło korki. No dobra, zdarza się... Z tym, że majstrowanie przy skrzynce z bezpiecznikami nic nie dało. Vania zawołała właścicielkę mieszkania i sąsiadkę w jednej osobie. Marion przyszła, pomajstrowała przy korkach w tej samej kolejności, w której zrobiłyśmy to przed chwilą z Vanią jakieś 3 razy, po czym znów usłyszałyśmy "bum!", znów poleciały iskry i się błysło... Tym razem przy korkach. Po czym Marion stwierdziła, że sama się boi, więc czy może Vania mogłaby wcisnąć wielki guzik obok licznika zużytej energii elektrycznej... Całe szczęście Vania jest na tyle odważna, że to zrobiła, przywracając nam tym samym prąd w mieszkaniu.

Poza tym zdziwiłam dzisiaj pan od historii literatury - zgłosiłam się na egzamin na ochotnika :D No cóż, już raz dostałam 5 z dwudziestolecia międzywojennego, może uda się i tym razem.

A teraz coś z zupełnie innej beczki - leje jak z cebra. Już wolałam ten wczorajszy mokry śnieg. Wrr

9 listopada 2007

globalna wioska

Korond, listopad 2007

8 listopada 2007

zmiany?

Zmieniło się tyle, że teraz, jak ktoś mnie zagaduje po węgiersku, odpowiadam w tym właśnie języku: Nem beszélek magyarul (nie mówię po węgiersku). Jak mam dobry humor, to dopowiadam jeszcze Lengyel vagyok (jestem Polką). Wczoraj odpowiedziałam tak jakiemuś starszemu panu w poczekalni u lekarza, na co siedząca obok mnie dziewczyna: Mówi pani (!) po polsku? Moja mama jest Polką... Ciekawe, ile Polek można spotkać w Budapeszcie. W akademiku poznałam Kamilę, której mama jest Polką. Jadąc do Domu Polskiego spotkaliśmy w metrze panią, która wyszła za mąż za Węgra i mieszka tu od 20 lat. Chyba wszyscy w grupie na polonistyce (właściwie to wszystkie, bo jedyny przedstawiciel płci brzydkiej prowadzi te zajęcia) pochodzą z małżeństw mieszanych - i to głównie mamy są z Polski. Ciekawa prawidłowość...
Tak czy inaczej, wchodzę do gabinetu, a "mój" alergolog: How is your Hungarian?

6 listopada 2007

kącik poetycki 2

kolejny fragment Nothing but Budapest Andruchowycza:

(...)

Zamówili mi taksówkę
gdzieś między pierwszą i drugą w nocy, kierowca
miał z osiemdziesiąt lat
i nie mówił żadnym turystycznym językiem.*
Dobrze, że o takiej późnej porze
podróż z Pesztu do Budy
nie trwa zbyt długo, **
inaczej przyszłoby mi jak najszybciej
opanować węgierski,
żeby jakoś podtrzymać z nim rozmowę,
co z jednej strony nie jest łatwe
po dwóch butelkach wypitej naprędce
palinki. ***

Przed mostem Wolności (Szabadság hid),
on, oczywiście, zapomniawszy, że nie jestem tutejszy ****
(zważywszy na jego wiek,
to wcale nie dziwne i nawet naturalne),
zaczął mi coś z ożywieniem opowiadać.
Tak, jakbym w swoim codziennym życiu
mył spalinowe lokomotywy na dworcu Keleti
i był w stanie zrozumieć na czym polega dowcip.


(...)


* no tak, starzy Węgrzy na pewno uczyli się rosyjskiego w szkołach, ale są zawzięci jak Słowacy z językiem węgierskim
** normalnie trwa tyle, że ja bym wolała poczekać na nocny, i tak jeżdżą co jakiś kwadrans...
*** dwóch butelkach palinki... ciekawe, czy na głowę? biorąc pod uwagę, że to poezja dość autobiograficzna, zaryzykuję utożsamienie podmiotu lirycznego z autorem i, pamiętając o tym, że to Ukrainiec z Iwanofrankowska, wierzę, że mógł wypić dwie butelki palinki sam. Ja bym była nieżywa.
**** oni tak mają, Węgrzy po 60. nie przyjmują do wiadomości, że ktoś nie mówi po węgiersku...

5 listopada 2007

transylvanian vampirella

Na jakiś czas mam dość siedzenia, szczególnie w autokarze... Od godziny 20.00 w środę do 21.30 w niedzielę większość czasu spędziłam w autobusie i naprawdę mam dość. Coś za coś. Za to siedzenie były widoki - i to jakie! Rumuńskie ;) W ogóle Transylwania przypomina mi nieco Bieszczady, z tym, że jest chyba bardziej "pofalowana" - tzn jest sporo malutkich pagórków i pagóreczków, które "rosną" sobie w różnych kierunkach i takie sprawiają wrażenie.


Ogólnie: Karpaty piękne, szkoda, że ludzie nie bardzo o nie dbają i śmiecą przeokrutnie. Te butelki to tylko malutki dysonans w tym pejzażu, niewielka próbka rumuńskich możliwości.
Poza tym wrażenia mam trochę jak po wizycie w Meksyku - kraj kontrastów: miasta niczym się nie różnią od miast w całej Europie i pewnie nie tylko Europie, ale wieś... Kompletnie inny świat. Ok, w Polsce też mamy walące się chałupy, malowane ultramaryną z wapnem stojące za płotem, który raczej leży niż stoi. Mamy pola kapusty. Zdarza się zobaczyć konia ciągnącego drewnianą furę po asfalcie. Ale raczej już się nie ogląda takich widoków: (albo ja po prostu na prawdziwej wsi nie byłam ;)

Generalnie było dość, hmm, egzotycznie :) np palinka do śniadania i to w kieliszkach do wina :D Nie tylko do śniadania zresztą, do obiadu też. Hotel w Korond ledwo chyba przetrzymał bandę erasmusów. Hotel zresztą też ciekawy. W środku niczego, tylko stacja benzynowa (i dziesiątki tankujących tam dacii), 24h bar i to by było na tyle. W wiosce, gdzie mieszkaliśmy, jest jeszcze sporo sklepików z pamiątkami - ceramika, haftowane obrusy, etc. - i to by było na tyle ;)

Ludzie też są dość zabawni. I zabawne są rumuńskie leje - oni robią pieniądze z jakiejś folii :D nawet podrzeć się tego nie da. No i mają chyba jakieś braki monetarne - zamiast drobnych czasem wydają gumę do żucia albo saszetkę cukru...

Ok, nie chce mi się więcej pisać ;)
więcej zdjęć tutaj