29 listopada 2007
mam stypendium, mam stypendium, na na na na
Poza tym odkryłam kolejnego interesującego poetę. Trochę starszy niż moi ulubieni bruLioniści i roczniki siedemdziesiąte, ale też ciekawy. Ten pan to Lőrinc Szabó. A odkryłam "ucząc się" do "egzaminu", heh...
A poza tym, to wszystkie znów jesteśmy "bogate" i nasza lodówka przestała być terrarium. Ha! Wygląda jak normalna lodówka - tzn w środku znajduje się... ŻYWNOŚĆ.
22 listopada 2007
sesja idzie...
Semestr się powoli zaczyna kończyć i to tak chyba nastraja do robienia pewnych podsumowań. Trochę zabawne, a trochę dziwne to przyspieszenie, bo planuję wrócić do rzeczywistości w okolicach początku lutego. Z drugiej strony na erasmusie czas biegnie inaczej, szybciej. Jestem tu już prawie 3 miesiące i ten czas postrzegam jakoś tak dwutorowo, z jednej strony czuję, że to bardzo mało, z drugiej wydarzyło się tak wiele w tym krótkim czasie, że można by tymi zdarzeniami obdzielić ze 2 razy tyle miesięcy. Ten czas to dużo i mało jednocześnie. Krótko, ale intensywnie - może tak. Co jakiś czas słyszę pytanie, czy nie chciałabym zostać na kolejny semestr. Chyba nie. Może i nie zobaczyłam jeszcze wszystkiego, co Budapeszt może mi zaoferować, nie poznałam wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale myślę, że semestr to tak w sam raz, żeby doświadczyć, czym jest erasmus. To jest jakiś czas magiczny, jak karnawał. Nikt nie żyje w taki sam sposób, w jaki żył dotychczas. Ciekawe, jak będzie po powrocie. Dla mnie te kilka miesięcy to wystarczająco dużo czasu. Oczywiste, że zostali w Polsce ludzie, miejsca i nawet rzeczy, za którymi tęsknię i chociażby dlatego nie chcę zostawać tu przez kolejne miesiące. We Wrocławiu będę pewnie trochę tęsknić za ludźmi i miejscami "stąd" (o ile są miejsca skądś...). Za miejscami "oswojonymi", chociażby za Szimplą czy West Balkan ;-). Ach, zapomniałabym - in plus muszę policzyć swoją nową fascynację filmową. Zauroczył mnie Béla Tarr, a szczególnie jego "Harmonie Werckmeistera" (Werckmeister harmóniák). Może później coś skrobnę o samym filmie, zobaczymy...
* Wiersze 13 węgierskich poetów mam w przekładzie Bohdana Zadury (cytowany tutaj wiersz Jurija Andruchowycza też przełożył Zadura). Co ciekawe, Zadura nie zna węgierskiego :D Stosuje tzw. przekład filologiczny (coś a la zabawy językowe ze słownikiem, tak jakby tłumaczyć każde słowo za pomocą e-bratanków, a później układać je w nowy wiersz). Ciekawe, czy zna ukraiński?
19 listopada 2007
hardcore'owe dziadki ;-)
W ogóle zamiłowanie do jazdy na krawędzi nie wyszło mi tego dnia na dobre :D Miałam bliższy niż zwykle kontakt ze słynnymi kontrolerami w budapeszteńskim metrze. Tak to jest, jak się kusi los. Raz mi się udało i mimo nieważnej już od piątku legitymacji, nie dostałam żadnego świstka papieru, tylko przejechaliśmy naszą stację przez panie kontrolerki (które uparły się szukać w moim polskim dowodzie osobistym węgierskiego adresu...). Niestety później już się nie udało... Linia żłóta była ok, niebieska już mniej - 2500 HUF za to, że miałam ważny bilet studencki i nieważną legitymację (straciła ważność w piątek, mandat dostałam w niedzielę...). Ciekawe było to, że pan kontroler uparł się, że nr mojego dowodu to moja data urodzenia (ciekawym zbiegiem okoliczności faktycznie nr dowodu zaczyna się od 84, ale musiałabym się urodzić 50. dnia 71. miesiąca...). No cóż, przynajmniej załatwiłam sobie dzisiaj nową legitymację. I po raz kolejny na poczcie, gdzie za nią płaciłam, pan z okienka mówił do mnie po polsku "dzień dobry, cześć, dziękuję, do widzenia".
*Wracając do Basi i jej torebki. W czwartek wybraliśmy się do Galerii Narodowej w Zamku w Budzie. Kulturalnie wzięłam z kasy bilet za 0HUF na 7 osób, poszliśmy do szatni zostawić kurteczki i pchamy się na górę. Ale nie, okazało się, że mamy za duże torby/plecaki i trzeba je też zostawić w szatni. Pani szatniarka uznała to za nietakt i postanowiła o tym wszystkich poinformować, gderając coś pod nosem po węgiersku oczywiście. No ale nic to, poszliśmy zwiedzać. Po niedługim czasie dostaliśmy oczopląsu i stwierdziliśmy, że starczy nam już tej kultury. Ale pani z szatni zrobiła Basi psikusa. Oddała nam kurtki i torby, a Basi zabrała numerek, dała kurtkę i koniec. Zajęła się innym klientem. I nie rozumiała, że Basia prosi ją jeszcze o podanie swojej torebki. Całe szczęście inni klienci byli przynajmniej dwujęzyczni i pomagali nam, tłumacząc. Niestety, żeby impuls od ucha do mózgu tej pani mógł swobodnie przebiec po jej neuronach, nie wystarczyła znajomość języka, którym się owa szatniarka posługiwała. Uparła się, że Basia ma jej dać numerek (który już jej dała), bo ludzie mówią, że nie mają, a po minucie znajdują i na pewno teraz też tak jest. Po jakimś kwadransie pertraktacji postanowiła oddać Basi jakiś plecak, nie nasz w każdym razie. I na stwierdzenie, że nam chodzi o tę torbę obok, znów coś zaczęła marudzić. Oddała ją w końcu i pokazała gestem dłoni, że nie ma ochoty dłużej nas oglądać, więc może byśmy tak uprzejmie skierowali się w stronę wyjścia...
Torebka i jej brak to był jakiś leitmotiv tej wycieczki, dzień później Agata zostawiła swoją w kínai büfé, gdzie jedliśmy obiad. Całe szczęście zorientowała się jakąś minutę po wyjściu i nawet nic nie zdążyło z niej zniknąć.
A poza tym, nie ma to jak poznawanie nowych smaków. I nie chodzi mi o oryginalne lokalne dania w restauracjach. Nie. Chodzi mi o to, że Węgrzy kładą w sklepowych lodówkach mrożony szpinak obok mrożonego szczawiu, a kto by brał na zakupy słownik. No i kupiliśmy sobie taki trochę dziwny szpinak, ale dowiedzieliśmy się o tym w domu, podczas gotowania makaronu ze "szpinakiem", który okazał się szczawiem. Dobrze, że przynajmniej było to jadalne. No i nie takie całkiem złe, tyle, że kwaśne.
Over, chyba, że mi się coś przypomni...
17 listopada 2007
przerwa techniczna vol.2
14 listopada 2007
proces kawki
PS Żeby było zabawniej, w poniedziałek kupiłam 1 kg kawy w ziarnach, do naszej kochanej maszyny. Teraz sobie chyba pogryziemy nasiona kawy...
12 listopada 2007
gwałtu, rety! co się dzieje?!

Poza tym zdziwiłam dzisiaj pan od historii literatury - zgłosiłam się na egzamin na ochotnika :D No cóż, już raz dostałam 5 z dwudziestolecia międzywojennego, może uda się i tym razem.
A teraz coś z zupełnie innej beczki - leje jak z cebra. Już wolałam ten wczorajszy mokry śnieg. Wrr
9 listopada 2007
8 listopada 2007
zmiany?
Tak czy inaczej, wchodzę do gabinetu, a "mój" alergolog: How is your Hungarian?
6 listopada 2007
kącik poetycki 2
kolejny fragment Nothing but Budapest Andruchowycza:
(...)
Zamówili mi taksówkę
gdzieś między pierwszą i drugą w nocy, kierowca
miał z osiemdziesiąt lat
i nie mówił żadnym turystycznym językiem.*
Dobrze, że o takiej późnej porze
podróż z Pesztu do Budy
nie trwa zbyt długo, **
inaczej przyszłoby mi jak najszybciej
opanować węgierski,
żeby jakoś podtrzymać z nim rozmowę,
co z jednej strony nie jest łatwe
po dwóch butelkach wypitej naprędce
palinki. ***
Przed mostem Wolności (Szabadság hid),
on, oczywiście, zapomniawszy, że nie jestem tutejszy ****
(zważywszy na jego wiek,
to wcale nie dziwne i nawet naturalne),
zaczął mi coś z ożywieniem opowiadać.
Tak, jakbym w swoim codziennym życiu
mył spalinowe lokomotywy na dworcu Keleti
i był w stanie zrozumieć na czym polega dowcip.
(...)
* no tak, starzy Węgrzy na pewno uczyli się rosyjskiego w szkołach, ale są zawzięci jak Słowacy z językiem węgierskim
** normalnie trwa tyle, że ja bym wolała poczekać na nocny, i tak jeżdżą co jakiś kwadrans...
*** dwóch butelkach palinki... ciekawe, czy na głowę? biorąc pod uwagę, że to poezja dość autobiograficzna, zaryzykuję utożsamienie podmiotu lirycznego z autorem i, pamiętając o tym, że to Ukrainiec z Iwanofrankowska, wierzę, że mógł wypić dwie butelki palinki sam. Ja bym była nieżywa.
**** oni tak mają, Węgrzy po 60. nie przyjmują do wiadomości, że ktoś nie mówi po węgiersku...
5 listopada 2007
transylvanian vampirella

Ogólnie: Karpaty piękne, szkoda, że ludzie nie bardzo o nie dbają i śmiecą przeokrutnie. Te butelki to tylko malutki dysonans w tym pejzażu, niewielka próbka rumuńskich możliwości.
Poza tym wrażenia mam trochę jak po wizycie w Meksyku - kraj kontrastów: miasta niczym się nie różnią od miast w całej Europie i pewnie nie tylko Europie, ale wieś... Kompletnie inny świat. Ok, w Polsce też mamy walące się chałupy, malowane ultramaryną z wapnem stojące za płotem, który raczej leży niż stoi. Mamy pola kapusty. Zdarza się zobaczyć konia ciągnącego drewnianą furę po asfalcie. Ale raczej już się nie ogląda takich widoków: (albo ja po prostu na prawdziwej wsi nie byłam ;)
Generalnie było dość, hmm, egzotycznie :) np palinka do śniadania i to w kieliszkach do wina :D Nie tylko do śniadania zresztą, do obiadu też. Hotel w Korond ledwo chyba przetrzymał bandę erasmusów. Hotel zresztą też ciekawy. W środku niczego, tylko stacja benzynowa (i dziesiątki tankujących tam dacii), 24h bar i to by było na tyle. W wiosce, gdzie mieszkaliśmy, jest jeszcze sporo sklepików z pamiątkami - ceramika, haftowane obrusy, etc. - i to by było na tyle ;)Ludzie też są dość zabawni. I zabawne są rumuńskie leje - oni robią pieniądze z jakiejś folii :D nawet podrzeć się tego nie da. No i mają chyba jakieś braki monetarne - zamiast drobnych czasem wydają gumę do żucia albo saszetkę cukru...
Ok, nie chce mi się więcej pisać ;)
więcej zdjęć tutaj
