15 października 2007

Koszyce i Tokaj

A dla Węgrów Kassa ès Tokaj... Te mocarstwowe przyzwyczajenia, Wielkie Węgry i tak dalej. Jakoś nie mogą przyjąć do wiadomości, że to już nie Węgry, a Słowacja. Z tym, że wciąż spora mniejszość węgierska tam mieszka. W katedrze na własne uszy słyszałam kawałek kazania po węgiersku. Chociaż na Słowacji nacjonaliści nie śpią i można dostać w twarz za mówienie po madziarsku... Poza tym sporo Słowaków z tamtych stron rozumie węgierski, ale nie chce w tym języku mówić - za to dobrze wiedzą, co mówią do siebie byli "okupanci". Zresztą nie wiem dokładnie, jak wygląda sytuacja, ale jest jakiś konflikt dyplomatyczny na linii Budapeszt-Bratysława związany właśnie z historią tych przygranicznych terenów, używaniem języka węgierskiego i sprawą pobicia pewnej dziewczyny na Słowacji... No dobra, my sobie pooglądaliśmy miasteczko. Niby 200 tyś. mieszkańców, ale wydaje się, że to mała prowincjonalna mieścina. Na Słowacji pewnie słowo "metropolia" ma nieco inne znaczenie. Ale samo centrum śliczne.


z widokiem na teatr ;)


katedra w Koszycach

Nie ma to jednak jak doskonała organizacja wycieczki ;) Aż tak to nawet 2Wrocław Team nigdy nie improwizuje. A przynajmniej nikt tego nie zauważa do tego stopnia. Węgierska specjalność to czekanie i łażenie bez celu (no dobra, w poszukiwaniu świątyni rozrywki = knajpy zdolnej pomieścić 40 żądnych zabawy erasmusów). Ech, czy naprawdę trzeba było marznąć 1,5h, żeby w końcu pojechać taksówką (za 80 słowackich koron - podzielić przez 4 os w taksówce = cena biletu autobusowego...) do centrum i znaleźć paskudną dyskotekę. Po dwóch drinach i piwie mogę bawić się do każdej muzyki - jak się okazało ;) Do 4:oo... a pobudka o 8:00 to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej... Uratowało mnie kilka godzin drzemki w autobusie. Z przerwą na zobaczenie zamku w Krasnej Horce (niestety do środka nas już nie wpuścili, bo przyjechaliśmy za późno...)


zamek w Krasnej Horce

A później dotarliśmy (spóźnieni) do Tokaju. Najpierw kolacja i degustacja wina... Oryginalny gulasz nieco się różni od tego, co pod tą nazwą znamy w Polsce ;) Tutejszy gulasz to właściwie zupa z mięsa i ziemniaków... Do tego chleb. No i 6 gatunków Tokaja. Od wytrawnego po obrzydliwie słodkie. Po kolacji zakupy w sklepie otworzonym przez właścicieli specjalnie dla nas... A wieczorem... tańce ;)

degustacja

Rano pooglądaliśmy Tokaj (też mała mieścina) i z powrotem do Budapesztu...
w muzeum w Tokaju

A tymczasem 11.10. ogłoszono, kto dostał literacką nagrodę Nobla... No to sobie czytam, jedząc własnoręcznie ugotowaną kartoflankę z zielonym ogórkiem i koperkiem, o pani Doris Lessing...
A na początku miesiąca nagrodę Fundacji im.Kościelskich zgarnął Mikołaj Łoziński za "Riesefieber". Może warto by poczytać? ;)


PS. Reszta zdjęć w galerii.


1 komentarz:

Anonimowy pisze...

A co to?
Przerwa w nadawaniu bloga?;-)
Czekam na kolejne wpisy!:)
Pzdr!
Kosiu