Dzisiaj zapłaciłam za wycieczkę do słowackich Koszyc i węgierskiego Tokaju. Jadę w piątek. Poza tym ledwo wstałam na zajęcia, bo w nocy czytałam do późna streszczenie "Chłopów" (ja wiedziałam, że kara mnie nie ominie... wszystkie odpuszczone na studiach lektury wracają w kolejnych semestrach. No ale kto by się spodziewał powrotu Młodej Polski, jak ma się w indeksie 'bdb' za znajomość współczesnej polskiej literatury?!) Jednak opłacało się wstać, dostałam ksero istotnego artykułu o "bruLionie", napisanego z okazji 20. rocznicy wydania pierwszego numeru...
A teraz coś z zupełnie innej beczki: z serii "aga po drugiej stronie lustra" czeka mnie (i resztę rodaków) zorganizowanie 'polish party' - super, nie?
Aaa, poszłam dziś do Instytutu Polskiego, bo w końcu trzeba zacząć czytać lektury. I co? I biblioteka nieczynna w tym tygodniu... Jutro idę zobaczyć, co tam słychać w bibliotece Gorkiego (już od dawna się tak nie nazywa, kto by chciał mieć w swoim mieście bibliotekę dedykowaną ojcu-założycielowi socrealizmu? Ale jakoś tak łatwiej i krócej użyć tego nazwiska niż opisywać, co to za biblioteka*). I refleksja na koniec - ten Budapeszt coś się kurczy, jeśli przemierza się go na piechotę, gadając przy tym o wszystkim i niczym, a głównie o życiu erasmusów w wielkim mieście...
* Nic dziwnego, że Węgrzy chcą zapomnieć, kto i dlaczego tak tę instytucję nazwał... Powstała w 1956 roku jako biblioteka z literaturą radziecką. Później dołączyły zbiory w innych językach. A mieści się na ulicy Molnara, jednego z niewielu węgierskich twórców, o których w ogóle słyszałam i jedynego, którego dzieło znam. ;)
8 października 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Polish party - wóda do oporu i ciepla herbata na popitę. Następnie przystawianie się do cudzych dziewczyn, z kulminacyjnym laniem po mordach przeplatanym malowniczymi haftami. Potem spektakularne godzenie się "ty jesteś zajebysty koleś" i tęgie opijanie zgody zakończone kulminacyjnym laniem po mordach z nieodlącznym rzucaniem hujami i pawiami na zmianę.
Nie zapomnijmy o pięknej grupie tradycji salatkowych ( oczywiście to już oficjalne imprezy na których jest coś do jedzenia). Do tej grupy należy klasyczne spanie z mordą w misce z salatką oraz odnajdowanie petów w salatce. No i może jeszcze rzyganie salatką, choć z niewyjaśnionych dotąd przyczy cokolwiek się zje i tak rzyga się salatką.
Albo inaczej: chla się i pali non-stop, co pól godziny sztafeta do nocnego.
PS. A mieszkanie na Uniwersyteckiej po sylwestrze na którym miejscu plasuje się w rankingu syfu poimprezowego. Bo na mojej liście jest na jednej z najwyższych pozycji. Zaraz po melinie rudej Czesi na gliniku tuż po świątecznych porządkach i budynku na Kozicach, który się ostatnio rozpadl.
Prześlij komentarz