22 listopada 2007

sesja idzie...

Sesja, jakiej nie doświadczyłam przez 8 semestrów studiów - nie dość, że 10.12. będzie po wszystkim, to jeszcze mam aż 3 "egzaminy", z czego jeden to test wyboru (język węgierski), drugi to rozmowa nt. literatury polskiej w Młodej Polsce i dwudziestoleciu międzywojennym (co mi się podobało i dlaczego? :D:D:D - kwestia wielce ambitna dla przyszłej dyplomowanej pani krytyk) oraz zaliczenie ustne z przedmiotu o wdzięcznej nazwie "Polsko-węgierskie wpływy literackie" (na podstawie aż 2 książek, z czego jedna jest antologią przekładów* poezji węgierskiej). Temat wydał mi się naprawdę interesujący, szczególnie, że dotąd znam aż 2 piszących Węgrów, z czego pierwszy to Ferenc Molnár (płakaliście po Nemeczku?), a drugi to noblista sprzed pięciu lat, Imre Kertesz. Szkoda tylko, że te kilka miesięcy w stolicy Madziarorszagu nic nie wniosły w moją dotychczasową znajomość literatury węgierskiej. No dobra, znam kilka nazwisk więcej, i to tyle. A dlaczego tak? Bo zajęć po prostu nie było! Do tego umawiałam się na pracę zaliczeniową, a na wczorajszych konsultacjach okazało się, że może jednak zaliczenie ustne, co? I do tego tydzień przed końcem semestru. No dobra, w końcu to erasmus a nie stypendium naukowe na Sorbonie. A poza tym wiadomo, że na obcych filologiach prym wiedzie językoznawstwo. Literatura to tylko ukłon w stronę poszerzania humanistycznych horyzontów.
Semestr się powoli zaczyna kończyć i to tak chyba nastraja do robienia pewnych podsumowań. Trochę zabawne, a trochę dziwne to przyspieszenie, bo planuję wrócić do rzeczywistości w okolicach początku lutego. Z drugiej strony na erasmusie czas biegnie inaczej, szybciej. Jestem tu już prawie 3 miesiące i ten czas postrzegam jakoś tak dwutorowo, z jednej strony czuję, że to bardzo mało, z drugiej wydarzyło się tak wiele w tym krótkim czasie, że można by tymi zdarzeniami obdzielić ze 2 razy tyle miesięcy. Ten czas to dużo i mało jednocześnie. Krótko, ale intensywnie - może tak. Co jakiś czas słyszę pytanie, czy nie chciałabym zostać na kolejny semestr. Chyba nie. Może i nie zobaczyłam jeszcze wszystkiego, co Budapeszt może mi zaoferować, nie poznałam wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale myślę, że semestr to tak w sam raz, żeby doświadczyć, czym jest erasmus. To jest jakiś czas magiczny, jak karnawał. Nikt nie żyje w taki sam sposób, w jaki żył dotychczas. Ciekawe, jak będzie po powrocie. Dla mnie te kilka miesięcy to wystarczająco dużo czasu. Oczywiste, że zostali w Polsce ludzie, miejsca i nawet rzeczy, za którymi tęsknię i chociażby dlatego nie chcę zostawać tu przez kolejne miesiące. We Wrocławiu będę pewnie trochę tęsknić za ludźmi i miejscami "stąd" (o ile są miejsca skądś...). Za miejscami "oswojonymi", chociażby za Szimplą czy West Balkan ;-). Ach, zapomniałabym - in plus muszę policzyć swoją nową fascynację filmową. Zauroczył mnie Béla Tarr, a szczególnie jego "Harmonie Werckmeistera" (Werckmeister harmóniák). Może później coś skrobnę o samym filmie, zobaczymy...

* Wiersze 13 węgierskich poetów mam w przekładzie Bohdana Zadury (cytowany tutaj wiersz Jurija Andruchowycza też przełożył Zadura). Co ciekawe, Zadura nie zna węgierskiego :D Stosuje tzw. przekład filologiczny (coś a la zabawy językowe ze słownikiem, tak jakby tłumaczyć każde słowo za pomocą e-bratanków, a później układać je w nowy wiersz). Ciekawe, czy zna ukraiński?

3 komentarze:

Unknown pisze...

dostałam karteczkę, dziękuję :D :* całkiem możliwe, że przyszla już wcześniej, tylko sobie poleżakowala w skrzynce ;)
też jestem leniem, hyhy, takak karma ;P :D
cmok :*

Anonimowy pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
Anonimowy pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.