16 sierpnia 2007
administracja i biurokracja
Zapomniałam wcześniej napisać, jak poszło z załatwianiem papierów. Otóż, w DWZ bez najmniejszego kłopotu, nawet niepodpisany Learning Agreement nie stanowił problemu - przecież i tak dopiero na miejscu się okaże, jakie przedmioty i za ile punktów mogę sobie wybrać... No więc kontrakt podpisałam i zajęło to w sumie jakiś kwadrans. Zebrałam więc potrzebne papiery i do NFZ-u po Europejską Kartę Ubezpiecznenia Zdrowotnego - i tu się zaczęło: po pierwsze, wniosek wydrukowany 2 dni wcześniej ze strony Narodowego Funduszu okazał się nieaktualny, przeterminowany po prostu i w ogóle do wyrzucenia; dostałam nowy. Ale sam wniosek to nie wszystko - legitymacja studencka i książeczka ubezpieczeniowa dla członka rodziny osoby, która płaci za mnie składki to też za mało. Trzeba iść do ZUS-u po odpowiednie zaświadczenie, że mama naprawdę za mnie te składki płaci... No dobra, to idę do ZUS-u. Na miejscu okazuje się, że przez ponad 2 lata nie jestem ubezpieczona! (anarchistka mimo woli). No więc mama musi wypełnić formularz, że mnie zgłasza do ubezpieczenia, wziąć ten, który jest potrzebny w NFZ-ie, w obu miejscach zostawić ksero mojej legitymacji studenckiej, do NFZ-u zanieść mój wniosek, załączniki z ZUS-u, rzeczone ksero i pisemne upoważnienie ode mnie, że może odebrać moją kartę... A ja w tym czasie ruszam w BIeszczady ;) Na Połoninie Caryńskiej dostałam sms: "Załatwiłam kartę. Mama". Super, nie? Na szczęście panie w urzędach miały już zrobione paznokcie i mogły spokojnie pracować...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz